Bierzesz do ręki tę książkę i wiesz, że nie masz do czynienia ze zwykłą książeczką dla dzieci. To zdecydowanie coś więcej. Niesamowite jest to, że pod opuszkami palców, delikatnie muskającymi solidną, przygotowaną na dziesięciolecia czytania i wertowania okładką, wyczuwasz jej niezwykły charakter.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
21 marca
23 maja
Jak zachęcić dziecko do czytania książek?
Odkąd na swoim blogu umieściłam cykl z serii Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego spotykam się z pełnym niedowierzania pytaniem - "Twoje dzieci naprawdę czytają te książki?". Tak, czytają. Może nie jest to pierwsza czynność, jaka przychodzi im do głowy zaraz po obudzeniu, może nie ślęczą nad lekturami po kilka godzin dziennie, ale na pewno jest to dla nich taka forma rozrywki, która sprawia im sporo przyjemności i jest stałym elementem każdego niemalże dnia.
O zaletach czytania książek nie będę się tutaj rozpisywać, bo o tym można pisać bez końca, mnożąc przykłady, tym bardziej, że te zalety nie dotyczą tylko samych zainteresowanych. Jako rodzic dwóch chłopców i zagorzały czytelnik, z pewnością mogę stwierdzić, że widok własnego potomstwa przy cichej, spokojnej lekturze to jeden z najlepszych chwil macierzyństwa.
Jak to się jednak stało, że moje dzieci z własnej i nieprzymuszonej woli sięgają po książki (ba, nawet systematycznie domagają się kolejnych tytułów!)? Czy to magia, a może siła matczynej woli i własny upór, by stworzyć im konkurencję dla telewizyjnych bajek i gier na konsoli?
Wczesne czytanie
Z własnego doświadczenia wiem, że im wcześniej tym lepiej i chyba żadna z poniższych zasad nie jest tak skuteczna, jak ten prawdziwy fundament, budowany już od kołyski. Pierwsze, proste w formie książeczki, najpierw oglądane, bywa, że nawet podjadane, to coś, co później łatwo przekształci się w prawdziwą pasję. W dodatku chwila wspólnej zabawy z książką, kiedy rodzic pokazuje, tłumaczy i czyta swojemu dziecku, nie tylko umila czas z takim bobasem, ale także doskonale wzmacnia relacje. Więc jeśli zastanawiacie się, kiedy czytać swemu potomstwu, kiedy podsunąć mu pierwszą książeczkę, odpowiedź jest tylko jedna: jak najwcześniej.
Świeć przykładem
Dzieci uczą się poprzez naśladowanie, poza tym jeśli nie raz i nie dwa "przyłapią" nas na tym, że zamiast telewizji czy telefonu wybieramy chwilę z książką, że książka towarzyszy nam naturalnie podczas wolnego popołudnia czy kawy w ogrodzie, to prawdopodobnie uznają, że może jest to naprawdę ciekawa rozrywka? Poza tym to także miły temat do rozmów, rozpoczynających się od pytania: "Co tam sobie czytasz?".
Jeśli nie książka to co?
Żyjemy akurat w takich czasach, że nie tylko wśród tytułów literatury dziecięcej panuje przeogromny wybór, ale także jej sama forma jest różnorodna. Komiks? Powieść graficzna? E-book? Audiobook? Książka w swej tradycyjnej postaci może w końcu zainteresować, kiedy dziecko najpierw sięgnie po jej alternatywną, bardziej nowoczesną formę.
Samodzielny wybór
Chociaż uważam, że jako rodzice powinniśmy mieć wpływ na wybór czytanek naszych dzieci, tak, by nie popadać w przesadne "byle co, byleby czytało", i podsuwać im wartościowe książki, to jednak dać im też pewną swobodę w doborze lektury. Obserwując własne dziecko, znając jego zainteresowania, jesteśmy w stanie podsunąć mu kilka, jeśli nie kilkanaście książek. Czasami też wybór dziecka jest dla nas totalnym zaskoczeniem.
Magiczny świat księgarń i bibliotek
Wspólne czytanie
Łatwy dostęp do książki
15 maja
"Wszędzie i we wszystkim" Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn
Zdarzyło Wam się czytać książkę swojemu dziecku, przy której drżał Wam głos, a pod powiekami pojawiały się łzy? Mnie się to przytrafiło zaledwie parę razy, a ostatnio podczas lektury "Wszędzie i we wszystkim" od wydawnictwa CoJaNaTo.
"Wszędzie i we wszystkim"
Pimm van Hest
wyd. CoJaNaTo
ilustracje: Sassafras De Bruyn
tłumaczenie:Magdalena Stonawska
ilustracje: Sassafras De Bruyn
tłumaczenie:Magdalena Stonawska
Utrata bliskiej osoby to niesamowicie trudne i smutne doświadczenie - nagle świat, jaki był nam dobrze znany przestaje istnieć, bo zabrakło w nim jednego, ale znaczącego elementu. Osobie dorosłej niełatwo jest się odnaleźć w nowej rzeczywistości, a co dopiero dziecku, które nie pojmuje, że kogoś, do kogo było bardzo przywiązane może po prostu umrzeć.
Taka dotkliwa strata spotyka Yolandę, która pewnego dnia traci swoją ukochaną mamę. Dziewczynka nie może pogodzić się z tym, że umarła i już jej nie ma. Postanawia ją odnaleźć, więc pyta swoich bliskich: "Gdzie jest teraz mama?" Każdy ma na to pytanie inną odpowiedź, ale faktycznie, dzięki temu dziecku udaje się dostrzec fragmenty obecności, które pozostawiła po sobie mama.
Jak sami widzicie, nie jest to lektura łatwa, jednak, według mnie, ogromnie ważna i potrzebna. Temat śmierci jest w niektórych rodzinach tematem tabu, a na pewno nie takim poruszanym przy dziecku. Niektórzy często omijają go, odpychają daleko, ponieważ uznają, że to za trudne/zbyt drastyczne dla małego człowieka, tymczasem prędzej czy później dziecko będzie musiało zetknąć się ze stratą kogoś bliskiego. W książce "Wszędzie i we wszystkim" temat śmierci i tęsknoty za kimś, kogo kochamy, jest opowiedziany w sposób niezwykle delikatny i mądry - tekst jest oszczędny, wyważony, jednak przy tym bardzo trafny i piękny, a urzekające ilustracje dopełniają go i tworzą cudowną, wzruszającą całość.

Ujęło mnie także to, że żaden z rozmówców, do którego zwraca się Yolanda z pytaniem: "Gdzie jest teraz moja mama?", nie zbywa jej, podając lakoniczną odpowiedź, tylko szczerze i prosto wyrażają swoje uczucia. Dzięki temu dziewczynka znajduje pocieszenie, łagodnie godzi się ze świadomością śmierci, ponieważ ci, których kochamy, o których pielęgnujemy wspomnienia i widzimy ich ślady na ziemi, nie mogą zupełnie zniknąć.
Szczerze polecam Wam tę książkę, jej wartość jest nieoceniona, a przekaz jaki niesie ze sobą ma ogromne znaczenie nie tylko dla dziecka, ale także dla nas, rodziców. I chociaż niełatwo ją przeczytać (sama musiałam robić kilka razy przerwy, by nie rozkleić się przy synu) to warto ją poznać, bo na pewno Was nie zawiedzie. Jestem nią absolutnie zachwycona i oczarowana - takie książki są nam bardzo potrzebne!
Taka dotkliwa strata spotyka Yolandę, która pewnego dnia traci swoją ukochaną mamę. Dziewczynka nie może pogodzić się z tym, że umarła i już jej nie ma. Postanawia ją odnaleźć, więc pyta swoich bliskich: "Gdzie jest teraz mama?" Każdy ma na to pytanie inną odpowiedź, ale faktycznie, dzięki temu dziecku udaje się dostrzec fragmenty obecności, które pozostawiła po sobie mama.
Jak sami widzicie, nie jest to lektura łatwa, jednak, według mnie, ogromnie ważna i potrzebna. Temat śmierci jest w niektórych rodzinach tematem tabu, a na pewno nie takim poruszanym przy dziecku. Niektórzy często omijają go, odpychają daleko, ponieważ uznają, że to za trudne/zbyt drastyczne dla małego człowieka, tymczasem prędzej czy później dziecko będzie musiało zetknąć się ze stratą kogoś bliskiego. W książce "Wszędzie i we wszystkim" temat śmierci i tęsknoty za kimś, kogo kochamy, jest opowiedziany w sposób niezwykle delikatny i mądry - tekst jest oszczędny, wyważony, jednak przy tym bardzo trafny i piękny, a urzekające ilustracje dopełniają go i tworzą cudowną, wzruszającą całość.

Ujęło mnie także to, że żaden z rozmówców, do którego zwraca się Yolanda z pytaniem: "Gdzie jest teraz moja mama?", nie zbywa jej, podając lakoniczną odpowiedź, tylko szczerze i prosto wyrażają swoje uczucia. Dzięki temu dziewczynka znajduje pocieszenie, łagodnie godzi się ze świadomością śmierci, ponieważ ci, których kochamy, o których pielęgnujemy wspomnienia i widzimy ich ślady na ziemi, nie mogą zupełnie zniknąć.
Szczerze polecam Wam tę książkę, jej wartość jest nieoceniona, a przekaz jaki niesie ze sobą ma ogromne znaczenie nie tylko dla dziecka, ale także dla nas, rodziców. I chociaż niełatwo ją przeczytać (sama musiałam robić kilka razy przerwy, by nie rozkleić się przy synu) to warto ją poznać, bo na pewno Was nie zawiedzie. Jestem nią absolutnie zachwycona i oczarowana - takie książki są nam bardzo potrzebne!
A więcej książek dla młodszych czytelników znajdziecie w serii:
Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego
25 października
"O czym myślisz?", "Złota rybka" Przemysław Wechterowicz
Może przez to, że pomału zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a może przez to, że wydawcy zmówili się, by nadwerężać nasze zasoby gotówki, ale zauważyłam w ostatnim czasie, że wydawanych jest sporo bardzo ciekawych książek dla dzieci. Co zerknę na Instagram czy Facebook od razu wyłapuję kilka naprawdę ciekawych propozycji, jeśli chodzi o literaturę skierowaną do najmłodszych czytelników. Kuszą te tytuły z każdej niemalże strony, a w nasze ręce wpadły jeszcze dwie, fantastyczne książeczki od wydawnictwa Mando.
"O czym myślisz?"
Przemysław Wechterowicz
wyd. Mando
ilustracje: Marcin Minor
ilustracje: Marcin Minor
Co się kryje w głowie krokodyla? O czym rozmyśla kangur? Co jest marzeniem kudłatego psiaka? Na te (i inne pytania) odpowiada Przemysław Wechterowicz i od razu Wam mogę powiedzieć, że niektóre odpowiedzi mogą Was naprawdę zaskoczyć. Nas osobiście chyba najbardziej zaskoczyła złota rybka, która myśli o... nie, nie powiem o czym - sami musicie się przekonać. Forma książeczki jest bardzo ciekawa - tekstu jest w niej naprawdę niewiele, jest skierowana dla młodszych dzieci, zafascynowanych, póki co, bardziej obrazkami niż literkami, ale dzięki pięknym, kolorowym rysunkom Marcina Minora poznawanie tej publikacji to czysta przyjemność. Dzięki niej można bawić się w zgadywanie, rozwijać wyobraźnię lub tworzyć własne historie. Dla nas dodatkową zabawą było zapamiętywanie o czym dane zwierzątko marzyło. Ogromny plus za lusterko na ostatniej stronie, dzięki niemu książka staje się bardziej interaktywna. Chociaż jest to zdecydowanie propozycja dla dzieci bardzo małych, to nawet mój siedmiolatek miał przy niej sporo frajdy. Zdecydowanie polecamy!
"Złota rybka"
Przemysław Wechterowicz
wyd. Mando
ilustracje: Jakub Grochola
ilustracje: Jakub Grochola
To ostatnio nasz absolutny faworyt! Historia opowiada o złotej rybce, spełniającej życzenia przeróżnych zwierząt, które przychodziły do niej z jakąś prośbą. Dla każdego miała miłe słowo i każdemu starała się dać to, o co ją prosi. Jak widzicie fabuła nie jest skomplikowana, ale w tej bardzo prostej formie dziecko znajdzie wyraźny, pozytywny przekaz. W dodatku krótki tekst bajki napisany jest z poczuciem humoru, który znakomicie trafia do młodego czytelnika - wiem, co mówię, byłam świadkiem wybuchu szczerego chichotu podczas czytania. Literki są duże i wyraźne, idealne na początki nauki czytania, doskonale sprawdza się także przystępna forma graficzna, łącząca tekst z ciekawymi rysunkami Jakuba Grocholi. Zabawna, a momentami nawet refleksyjna "Złota rybka" to prawdziwa gratka, nawet dla dzieci, które nie lubią czytać. Dzięki stronie wizualnej oraz prostym, dowcipnym tekstom, trafi do każdego.
A więcej książek dla młodszych czytelników znajdziecie w serii:
Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego
17 października
"Lewis Barnavelt na tropie tajemnic. Zegar czarnoksiężnika" John Bellairs
Magia, osierocony chłopiec, który próbuje odnaleźć się w nowym środowisku i poznaje rzeczy o jakich do tej pory nie miał pojęcia - brzmi znajomo? Prawdopodobnie tak, i mogę się założyć, że pojawiło się skojarzenie z Harrym Potterem. Tymczasem książka, o której chcę napisać powstała na kilkadziesiąt lat przed niezwykle popularną serią autorstwa J.K. Rowling.
29 stycznia
208. Książki dla sześciolatków | "Kłopoty z ulicy Rumiankowej" i "Bajka o Farfoclu i Plamce"
W przypadku, gdy zaraz po rozpakowaniu paczki z przesyłką, dziecko na widok książek wpada w absolutny zachwyt i koniecznie, ale to koniecznie chce je od razu przeczytać to znak, że lektura będzie naprawdę udana. Tak właśnie było w przypadku tych dwóch książeczek.
06 listopada
178. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego | "Charlie i fabryka czekolady" Roald Dahl
„Charlie i fabryka czekolady”
Roald Dahl
Wydawnictwo Znak emotikon
2017
254 strony
„Wszystko jest tutaj jadalne, łącznie ze mną. Ale to nazywa się kanibalizmem, drogie dzieci, i spotyka się z dezaprobatą w większości społeczeństw.”
Roald Dahl jest jednym z najpopularniejszych pisarzy literatury dziecięcej na świecie, jego powieści tłumaczone są na różne języki, a ich ekranizacje cieszą się przeogromną popularnością. Stworzył wiele fantastycznych, wyjątkowych historii, które zachwycają do dziś, mimo, że od ich powstania minęło kilkadziesiąt lat są nadal aktualne i nie tracą nic ze swej wartości.
Charlie Bucket to chłopiec, który mieszka w małym, drewnianym domku na obrzeżach dużego miasta. Razem z nim mieszkają jego rodzice oraz dziadkowie. Niestety nie powodzi im się dobrze, cierpią biedę, niedostatek, a czasami nawet głód, jednak bardzo się szanują i dbają o siebie. Niespodziewanie Willy Wonka, genialny właściciel ogromnej fabryki czekolady ogłasza, że wpuści do swojej zamkniętej do tej pory dla zwiedzających, fabryki piątkę dzieci, a jednym ze szczęśliwców jest właśnie Charlie.
Nie ukrywam, że, czytając książkę dzieciom - sama miałam z tego nie mniej frajdy, co oni. Poznawanie losów głównego bohatera, a następnie wędrówka po absolutnie fenomenalnej, pełnej zaskakujących wydarzeń, niezwykłej fabryce Willy’ego Wonki to wspaniałe przeżycie nawet dla osoby dorosłej, za którą się już od dawna uważam. Czego tutaj nie ma! Małe ludziki pracujące niczym mrówki przy produkcji słodyczy, rzeka z płynnej czekolady, guma do żucia o smaku trzydaniowego obiadu i wiele, wiele innych rzeczy, stworzonych przez niczym nieskrępowaną wyobraźnię autora. Ta książka to prawdziwa gratka dla każdego dziecka, ale także dla tych, którzy lubią słodycze, czekoladę i cukierki. W tym całym bogactwie zaskakujących rzeczy są dzieła śmieszne, kompletnie odrealnione i nierzeczywiste, a jednak zawsze można pomarzyć, że istnieją one naprawdę, że można je nawet samemu skosztować. Kogo nie skusi taka gama smaków, aromatów i barw, dostępna, chociażby tylko w naszej wyobraźni?
Ważnym elementem samej powieści, tuż obok jej niezwykłej, upstrzonej cukrem fabuły jest oczywiście sam przekaz. Książka stworzona została kilkadziesiąt lat temu, a jednak podczas lektury nie można tego odczuć, nie można też oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze mogłaby być napisana w dzisiejszych czasach. Oprócz Charliego w książce występuje jeszcze czwórka dzieci, podobnych im można spotkać na każdym kroku – dzieci zapatrzone w brutalny świat telewizji, rozpieszczane, niegrzeczne czy łakome. Co ciekawe, za każdym z tych dzieci w książce stoją ich rodzice, a nieodpowiednie zachowania zawsze spotyka kara lub nauczka. Jedynie Charlie, skromny, biedny chłopiec wyróżnia się wśród nich, ale czy przy ekscentrycznym producencie czekolady można być pewnym swego losu?
Chciałabym także wspomnieć o wydaniu, które w naszym przypadku oznaczone jest jako „lektura z opracowaniem”. Przyznam, że zamawiając nie do końca byłam przekonana co do takiego „ułatwienia”, jednak okazało się, że publikacja jest w twardej oprawie (starczy na lata), ma cudne ilustracje Quentina Blake’a i w środku znajdziemy kilka ciekawostek i wskazówek, jak czytać powieść, by jak najlepiej ją zrozumieć i zapamiętać oraz informacje, na co zwracać uwagę. Pod koniec dołączono również kilka stron poświęconych samemu Roaldowi Dahlowi.
Jeśli więc nie mieliście jeszcze tej przyjemności i nie czytaliście „Charlie i fabryka czekolady” to serdecznie zachęcam, niezależnie od tego ile macie lat i czy w najbliższym czasie owa książka nie będzie Waszą lekturą. Warto ją poznać i razem z Charliem przemierzyć labirynty najbardziej niezwykłej fabryki czekolady jaką możemy sobie wyobrazić.
24 października
171. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kevin sam w domu" i "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki"
Nasza ostatnia wyprawa do biblioteki zakończyła się pomyślnie - przynieśliśmy ze sobą do domu kilka ciekawych tytułów, w tym jeden dość zaskakujący, a mianowicie: "Kevin sam w domu", książka, która powstała na bazie kultowego już filmu oraz krótka historyjka o przyjemności czytania czyli "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki".
"Kevin sam w domu"
Wydawnictwo Znak
rok wydania:
2015
liczba stron:
48
"Następnego ranka w domu było bardzo, bardzo cicho.
Nikt nie krzyczał. Nikt nie biegał w kółko.
Nikt nie poganiał Kevina, żeby się pośpieszył i zjadł śniadanie.Nikogo nie było w domu.
Kevin w końcu zrozumiał, co się stało.
- Sprawiłem, że moja rodzina zniknęła!"
Mały Kevin McCallister ma już serdecznie dość swojej rodziny, marzy o tym, by zostać sam w domu, bez mamy, taty i nieznośnego rodzeństwa. Nieopatrznie wypowiedziane życzenie spełnia się i chłopiec, ku swej początkowej radości, staje się panem domu. Okazuje się jednak, że grozi mu niebezpieczeństwo, musi więc liczyć na swój nietuzinkowy spryt i kreatywność godną ośmiolatka, by ochronić siebie i swój dom.
"Kevin sam w domu" to już swoisty element naszej narodowej tradycji przedświątecznej, czy go lubimy, czy nie. Na podstawie scenariusza powstała książka dla młodych czytelników z pełnymi uroku ilustracjami Kim Smith, która pięknie odtworzyła opowiadaną historię, ale także wyczarowała miłe dla oka, przykuwające uwagę obrazki. To zdecydowanie odpowiednia oprawa książki, jej niewątpliwie dobra strona. Dla tych dzieci, które znają filmowy pierwowzór to na pewno spora gratka. Wizualnie całość prezentuje się znakomicie - czcionka duża, wyrazista, dynamicznie rozmieszczona, dzięki czemu czyta się naprawdę dobrze, nawet, jeśli nasz malec dopiero uczy się czytać.
Z lektury płynie także dosyć jasny i wyraźny przekaz, który dziecko z pewnością zrozumie - w gniewie mówimy czasami słowa, których tak naprawdę nie chcemy powiedzieć, albo też nie znamy ich konsekwencji. Dla młodego czytelnika może to być wyraźna wskazówka, pokazująca do czego czasami doprowadzić mogą nasze pochopnie wypowiedziane życzenia. Na szczęście, podobnie jak w filmie, wszystko dobrze się kończy, a nasz główny bohater ratuje się z opresji i godzi się ze swoją rodziną.
Myślę, że "Kevin sam w domu" to ciekawa, pięknie zilustrowana i prosto opowiedziana historia, która sprawdzi się zwłaszcza w okresie przedświątecznym, ale nie tylko. Dzięki książce można wracać do tej opowieści wiele razy, a także odkrywać ją na nowo, w odpowiedniej dla dziecka formie i treści. Świetnie nadaje się dla pięcio- lub sześciolatków.
Z lektury płynie także dosyć jasny i wyraźny przekaz, który dziecko z pewnością zrozumie - w gniewie mówimy czasami słowa, których tak naprawdę nie chcemy powiedzieć, albo też nie znamy ich konsekwencji. Dla młodego czytelnika może to być wyraźna wskazówka, pokazująca do czego czasami doprowadzić mogą nasze pochopnie wypowiedziane życzenia. Na szczęście, podobnie jak w filmie, wszystko dobrze się kończy, a nasz główny bohater ratuje się z opresji i godzi się ze swoją rodziną.
Myślę, że "Kevin sam w domu" to ciekawa, pięknie zilustrowana i prosto opowiedziana historia, która sprawdzi się zwłaszcza w okresie przedświątecznym, ale nie tylko. Dzięki książce można wracać do tej opowieści wiele razy, a także odkrywać ją na nowo, w odpowiedniej dla dziecka formie i treści. Świetnie nadaje się dla pięcio- lub sześciolatków.
Kolejną książką, która zwróciła naszą uwagę była:
"O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki"
Oliver Jeffers
Wydawnictwo Format
rok wydania:
2017
liczba stron:
40
"Upłynęło trochę czasu. W końcu Henio niemal przez przypadek podniósł z podłogi mocno nadgryzioną książkę. Ale zamiast wepchnąć ją sobie do buzi... otworzył... i zaczął czytać.
I było suuuper."
Henio bardzo lubi książki... jeść. Pewnego dnia, zupełnie przez przypadek odkrył, że może połykać słowo, zdanie, stronę, a następnie całe tomy, a dzięki temu staje się mądrzejszy. Zapalczywie pożerał kolejne tytuły i stawał się z każdym dniem coraz mądrzejszy, do czasu, gdy z tego nadmiaru i szybkiego jedzenia poczuł się źle. Pochłanianie książek skończyło się niestrawnością, a Henio odkrył, że lepiej jest czytać książki niż jej jeść.
"O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki" to tytuł, który bardzo szybko przykuł naszą uwagę, nie tylko ze względu na nazwę, ale także piękne wydanie - twarda oprawa, duży format, a w środku cudne, jakby dziecinne nieco ilustracje, w tle zaś przebitki starych wydruków, fragmentów encyklopedii. Idealne dopracowanie każdego szczegółu to coś, co podoba się rodzicowi, ale przede wszystkim wpływa na dziecko, sprawia, że po książeczkę chętniej sięgają drobne łapki ;)
Sam przekaz także jest jak najbardziej odpowiedni - jest to zabawna powiastka z morałem, z którego dowiadujemy się, że warto czytać książki, warto zaznajomić się z dostępną w nich wiedzą i informacjami, by pewnego dnia stać się kimś naprawdę mądrym, a czytanie książek jest prawdziwą, ogromnie wartościową przyjemnością. Mnie to przekonało i mam nadzieję, ze mojego syna również :)
Książeczka napisana jest prostym, zrozumiałym językiem, swobodnym i przystępnym dla młodego czytelnika, zdania są także rozmieszczone w taki sposób, że nasz wzrok szybko prześlizguje się po stronach, gdzie rozsiane są fragmenty zdań, krótkie wpisy.
Z pewnym zaskoczeniem, ale także rozbawieniem odkryliśmy z Jeremim "nadgryzione" rogi ostatnich stron - co dowodzi, że dbałość o szczegóły jest tutaj niesamowicie istotna i nie bez znaczenia dla starszych lub młodszych odbiorców.
18 września
163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia
Zauważyłam, że ostatnio w ramach cyklu Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego prezentuję tylko tytuły, które spodobały się najmłodszemu, co jest rzeczą oczywistą, ponieważ sama czytam mu te książki, więc wydaje mi się , że poznałam je na tyle, by móc o nich pisać. Z książkami, które czyta Ignaś sprawa przedstawia się trochę inaczej - pomimo tego, że czytam i jemu, to jednak duże fragmenty mi umykają. W związku z tym postanowiłam, że o tytułach, które przypadły do gustu mojemu dziesięciolatkowi napiszę w jednym poście, zbierając jego ulubione, przeczytane podczas wakacji egzemplarze - na szczęście jest z czego wybierać, chociaż parę książek jeszcze zostało do skończenia, ale na razie Ignaś rzucił się ochoczo za czytanie lektur szkolnych (!).
"Jacek Placek. Moja nauczycielka jest wilkołakiem" Michael Broad
Seria przygód o Jacku Placku od razu bardzo się Ignasiowi spodobała, od momentu, kiedy pierwszy raz zetknął się z nią, poznając "Jacek Placek i odwiedziny wampira". Zarówno styl pisania, jak i sama forma bardzo odpowiada Ignasiowi - tym razem nasz główny bohater musi zmierzyć się z nauczycielką-wilkołakiem, potworną opiekunką i prawdziwą mumią, czyli cała masa niesamowitych, zabawnych przygód, przyozdobiona dowcipnymi, jakby wyjętymi żywcem z brulionu, różnorodnymi obrazkami i gryzmołkami.
seria "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Rick Riordan
Po Harrym Potterze przyszła kolej na innego, chłopięcego bohatera, który musi stawić czoła potężnym, złym mocom. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że seria Ricka Riordana spodoba się tak bardzo, że już podczas czytania pierwszej części, będę musiała szybko zamawiać następne, a najlepiej cały pakiet... I faktycznie, Ignaś pochłaniał tom za tomem, do skończenia pozostała mu jedynie V część. A dodatkowy pożytek z tego taki, że zainteresował się mitologią i rozpoczął swoją przygodę z moją ukochaną "Mitologią" Parandowskiego - #dumnamama ;)
"Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach
Pierwotnie książka ta była zamówiona dla młodszego, ale nie doczytałam, że treść skierowana jest raczej dla starszych odbiorców i tak oto trafiła w ręce Ignasia. Osobiście uważam, że jest naprawdę rewelacyjna - zachwycają mnie zarówno rozdziały, jak i strona wizualna. Myślę, że o tej publikacji napiszę szerzej w osobnym poście, ale póki co mogę powiedzieć, że jest to świetna lektura, z mnóstwem ciekawych informacji o najbardziej popularnych potworach i innych szkaradziejstwach, z całą masą nawiązań do filmów, książek czy, szeroko pojętej, kultury bądź wierzeń. Jak najbardziej z kręgu ignasiowych zainteresowań :) Od jednorożców, przez trolle, gnomy i czarownice, aż po tajemnicze slendermany. Brrr...
28 sierpnia
159. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins
„Poznajemy arcydzieła.
Przewodnik po sztuce”
Rosie Dickins
konsultacja: Nicola Butler
Papilon
Publicat S.A.
80 stron
Sztuka i malarstwo od dawna mnie fascynują, nic więc dziwnego, że takie zainteresowania chciałabym także zaszczepić swoim dzieciom. W przypadku dwóch chłopców, których zainteresowania oscylują gdzieś pomiędzy grami na playstation, Gwiezdnymi Wojnami, Batmanem i Władcą Pierścieni to moje rodzicielskie ambicje wpojenia w nich wrażliwości na dzieła sztuki mogą być skazane na niepowodzenie. Ale może jeszcze nie poległam, może jest iskierka nadziei?
Ostatnio w nasze ręce wpadła całkiem ciekawa publikacja, która jest swoistym kompromisem pomiędzy oczekiwaniami moimi a dzieci - oto w małej, skondensowanej pigułce dostają ciekawe informacje, które ich nie nużą, są jasne i zrozumiałe, a w dodatku wzbudzają chęć bliższego poznania danych dzieł.
W książce "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins zgłębiamy tajniki 35 słynnych obrazów, przedstawionych w porządku chronologicznym, reprezentujących wiodące w danej epoce style oraz techniki. Począwszy od "Portretu małżonków Arnolfinich" poprzez słynną "Monę Lisę" czy "Autoportret" Rembrandta aż po bardziej współczesne "Państwo Clark i Percy", otrzymujemy krótkie informacje na temat danego dzieła takie jak: autor, rok powstania i kraj, z którego pochodzi. Każda reprodukcja jest także opatrzona notką historyczną, dotyczącą okoliczności powstania bądź przybliżeniem techniki, której obraz jest przykładem. Oprócz tego przy każdym arcydziele znajdują się dodatkowe ciekawostki, które, przyznam szczerze, wzbudzały największe zainteresowanie podczas czytania- odnajdywanie szczegółów czy objaśnianie ukrytych znaczeń czy symboliki to właśnie to, co powodowało, że obydwoje wpatrywali się w przedstawiane obrazy, zgłębiając detale z prawdziwą pasją.
Wybór jest ciekawy i w miarę różnorodny, pojawiają się słynne i znane dzieła, ale także takie, które są mniej popularne, namalowane w różnych technikach, które dziecko może zechce bardziej zgłębić czy samemu wypróbować. Może także chcieć poznać te arcydzieła, zobaczyć w oryginale i stąd już łatwa droga do rozbudzenia w nich ciekawości i zainteresowania historią sztuki.
Cieszę się, że sięgnęliśmy po tę książkę i że przedstawione w niej dzieła spodobały się moim dzieciom, nawet mój ulubiony obraz - "Ofelia" Johna Millais - wywołał u nich prawdziwy zachwyt ("wygląda jak zdjęcie!"). A wspólne śledzenie na obrazach ukrytych podpisów, drobnych szczegółów, było prawdziwą zabawą.
Przewodnik po sztuce”
Rosie Dickins
konsultacja: Nicola Butler
Papilon
Publicat S.A.
80 stron
„Widzów niezmiennie fascynuje zagadkowy uśmiech Mony Lisy. Jest wyrazem szczęścia czy smutku? A może znudzenia? Wyraz twarzy kobiety zmienia się, w zależności od miejsca, z którego patrzymy na obraz. Aby osiągnąć ten efekt, Leonardo zastosował technikę zwaną sfumato, polegającą na łagodnych przejściach od ciemnych do jasnych kolorów”
Ostatnio w nasze ręce wpadła całkiem ciekawa publikacja, która jest swoistym kompromisem pomiędzy oczekiwaniami moimi a dzieci - oto w małej, skondensowanej pigułce dostają ciekawe informacje, które ich nie nużą, są jasne i zrozumiałe, a w dodatku wzbudzają chęć bliższego poznania danych dzieł.
W książce "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins zgłębiamy tajniki 35 słynnych obrazów, przedstawionych w porządku chronologicznym, reprezentujących wiodące w danej epoce style oraz techniki. Począwszy od "Portretu małżonków Arnolfinich" poprzez słynną "Monę Lisę" czy "Autoportret" Rembrandta aż po bardziej współczesne "Państwo Clark i Percy", otrzymujemy krótkie informacje na temat danego dzieła takie jak: autor, rok powstania i kraj, z którego pochodzi. Każda reprodukcja jest także opatrzona notką historyczną, dotyczącą okoliczności powstania bądź przybliżeniem techniki, której obraz jest przykładem. Oprócz tego przy każdym arcydziele znajdują się dodatkowe ciekawostki, które, przyznam szczerze, wzbudzały największe zainteresowanie podczas czytania- odnajdywanie szczegółów czy objaśnianie ukrytych znaczeń czy symboliki to właśnie to, co powodowało, że obydwoje wpatrywali się w przedstawiane obrazy, zgłębiając detale z prawdziwą pasją.
Wybór jest ciekawy i w miarę różnorodny, pojawiają się słynne i znane dzieła, ale także takie, które są mniej popularne, namalowane w różnych technikach, które dziecko może zechce bardziej zgłębić czy samemu wypróbować. Może także chcieć poznać te arcydzieła, zobaczyć w oryginale i stąd już łatwa droga do rozbudzenia w nich ciekawości i zainteresowania historią sztuki.
Cieszę się, że sięgnęliśmy po tę książkę i że przedstawione w niej dzieła spodobały się moim dzieciom, nawet mój ulubiony obraz - "Ofelia" Johna Millais - wywołał u nich prawdziwy zachwyt ("wygląda jak zdjęcie!"). A wspólne śledzenie na obrazach ukrytych podpisów, drobnych szczegółów, było prawdziwą zabawą.
01 sierpnia
152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki
„Afryka Kazika”
Łukasz Wierzbicki
Wydawnictwo Bis
2017
165 stron
"Afryka Kazika" Łukasza Wierzbickiego wróciła z nami pewnego razu z jednej z wypraw do biblioteki. Wybór Jeremiego, by wypożyczyć właśnie tę książkę był dosyć niezwykły, ponieważ do tej pory jego ulubione historyjki to te, w których bohater był w zbliżonym wieku do jego lub fabuła oparta była na zupełnie niesamowitych przygodach, a najlepiej, gdy wszystko to było ze sobą połączone.Pewien dotąd mi nieznany impuls spowodował, że syn sięgnął po książkę o wędrówce Kazimierza Nowaka przez kontynent afrykański i tym razem przeczucie Jeremiego go nie zawiodło - był to po prostu strzał w dziesiątkę.
Łukasz Wierzbicki podjął się nie lada zadania - opracował przedwojenne reportaże znanego polskiego podróżnika, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku wyruszył do Afryki, by na rowerze przemierzyć kontynent. Swoje dokonania i przygody opisał w książce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". Kazimierz Nowak, bo o nim mowa, stał się także bohaterem książki dla dzieci "Afryka Kazika", gdzie jego fascynujące spotkania z dziką przyrodą i tubylcami, są spisane w taki sposób, by zaabsorbować młodego czytelnika, by były dla niego przystępne, zrozumiałe, a nade wszystko, szalenie ciekawe.
Przede wszystkim ogromnie spodobał mi się forma - krótkie, 2-4 stronicowe opowiadania, zdecydowanie ułatwiają czytanie na przykład wieczorem, przed snem lub na chwilę w ciągu dnia. Dziecko nie znudzi się, łatwo będzie mu śledzić fabułę. W dodatku historyjki opatrzone są kolorowymi ilustracjami, które przyciągają uwagę, a do książki dodana jest mapa Afryki z zaznaczoną trasą wędrówki Kazimierza Nowaka. Poza tym dosyć duża, wyraźna czcionka ułatwia samodzielne czytanie, co ostatnio bardzo doceniam w publikacjach dla dzieci.
Przejdźmy jednak do istoty rzeczy czyli do treści - tutaj naprawdę nie można się zawieźć. Przygody, jakie spotykają Kazika podczas jego wędrówki są niezwykle barwne, miejscami groźne, jak spotkanie z lwem, lub zabawne. Wszystkie łączy mądre przesłanie, pouczające i łatwe do zrozumienia dla młodszych i starszych. Dziecko widzi, że taka podróż polega przede wszystkim na zdobywaniu wspaniałych wspomnień, pokonywaniu słabości i przeciwności losu oraz na tym, by poznać ludzi i miejsca, które się odwiedza. To fantastyczna, wartościowa lektura, która spodoba się nie tylko poszukiwaczom przygód, zapalonym wędrowcom, którzy marzą o odkrywaniu dalekich krain.
"Afryka Kazika" to rewelacyjna książka, która przeniesie dzieci w czasy, kiedy podróżowania nie ułatwiały GPS, samochody terenowe czy nowoczesne gadżety, przeniesie je wprost to afrykańskiego buszu, na pustynię czy oazę, gdzie spotkają mnóstwo egzotycznych zwierząt i ciekawych mieszkańców tego magicznego kontynentu.
Łukasz Wierzbicki
Wydawnictwo Bis
2017
165 stron
„- To co ciekawego przywiózł pan z Afryki? - zadał znów pytanie dociekliwy chłopiec.
- Najważniejsze, co przywiozłem z podróży to wspomnienia. Największym skarbem są dla mnie te zdjęcia, które oglądacie, te powieści, których słuchacie. Nie zdobycie bogactw jest najważniejsze w podróżowaniu, ale rzeczy, które zobaczycie i ludzie, których spotkacie.”
- Najważniejsze, co przywiozłem z podróży to wspomnienia. Największym skarbem są dla mnie te zdjęcia, które oglądacie, te powieści, których słuchacie. Nie zdobycie bogactw jest najważniejsze w podróżowaniu, ale rzeczy, które zobaczycie i ludzie, których spotkacie.”
Łukasz Wierzbicki podjął się nie lada zadania - opracował przedwojenne reportaże znanego polskiego podróżnika, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku wyruszył do Afryki, by na rowerze przemierzyć kontynent. Swoje dokonania i przygody opisał w książce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". Kazimierz Nowak, bo o nim mowa, stał się także bohaterem książki dla dzieci "Afryka Kazika", gdzie jego fascynujące spotkania z dziką przyrodą i tubylcami, są spisane w taki sposób, by zaabsorbować młodego czytelnika, by były dla niego przystępne, zrozumiałe, a nade wszystko, szalenie ciekawe.
Przede wszystkim ogromnie spodobał mi się forma - krótkie, 2-4 stronicowe opowiadania, zdecydowanie ułatwiają czytanie na przykład wieczorem, przed snem lub na chwilę w ciągu dnia. Dziecko nie znudzi się, łatwo będzie mu śledzić fabułę. W dodatku historyjki opatrzone są kolorowymi ilustracjami, które przyciągają uwagę, a do książki dodana jest mapa Afryki z zaznaczoną trasą wędrówki Kazimierza Nowaka. Poza tym dosyć duża, wyraźna czcionka ułatwia samodzielne czytanie, co ostatnio bardzo doceniam w publikacjach dla dzieci.
Przejdźmy jednak do istoty rzeczy czyli do treści - tutaj naprawdę nie można się zawieźć. Przygody, jakie spotykają Kazika podczas jego wędrówki są niezwykle barwne, miejscami groźne, jak spotkanie z lwem, lub zabawne. Wszystkie łączy mądre przesłanie, pouczające i łatwe do zrozumienia dla młodszych i starszych. Dziecko widzi, że taka podróż polega przede wszystkim na zdobywaniu wspaniałych wspomnień, pokonywaniu słabości i przeciwności losu oraz na tym, by poznać ludzi i miejsca, które się odwiedza. To fantastyczna, wartościowa lektura, która spodoba się nie tylko poszukiwaczom przygód, zapalonym wędrowcom, którzy marzą o odkrywaniu dalekich krain.
"Afryka Kazika" to rewelacyjna książka, która przeniesie dzieci w czasy, kiedy podróżowania nie ułatwiały GPS, samochody terenowe czy nowoczesne gadżety, przeniesie je wprost to afrykańskiego buszu, na pustynię czy oazę, gdzie spotkają mnóstwo egzotycznych zwierząt i ciekawych mieszkańców tego magicznego kontynentu.
24 lipca
149. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Wielka księga robali" Yuval Zommer
„Wielka księga robali”
Yuval Zommer
Wydawnictwo Wilga
2017
64 strony
Yuval Zommer
Wydawnictwo Wilga
2017
64 strony
„Jak robak ciebie widzi?
Dla robaków jesteś olbrzymem! W ich świecie kwiat jest wielki jak drzewo, a kamień wysoki jak góra. Poszukajmy tych małych zwierząt.”
Letnia pora to idealny moment na bratanie się z naturą i dobry czas na to, by zarazić dziecko miłością do przyrody, szacunkiem do otaczającego nas świata, który w tym momencie ukazuje mu się w całej swej okazałości, w całym majestacie długich słonecznych dni, ciepłych, migoczących miliardami gwiazd nocy, w niebywałej ferii barw i zapachów. Sądzę, że świetnym wyborem do wprowadzenia potomka w niezwykłe środowisko owadów, bezkręgowców czy po prostu robali jest „Wielka księga robali” Yuvala Zommera, która powstała przy współpracy z Barbarą Taylor.
Pierwsze o czym należy wspomnieć i co niezaprzeczalnie rzuca się w oczy to znakomita oprawa wizualna. Ilustracje stworzył autor i trzeba przyznać, że bogactwo obrazków, ich szczegółowość połączona z naiwnym, bajkowym niemal spojrzeniem na te przeróżne okazy, daje ostatecznie bardzo ciekawy efekt. Czytelnik (zarówno dziecko jak i rodzic) może być oczarowany każdą stroną. Każdemu prawdziwą frajdę sprawi zagłębianie się w te kolorowe, miłe dla oka grafiki, poszukiwanie mnóstwa detali. Takie piękne wydanie, może niezbyt realistyczne, sprawia, że dziecko chętnie sięga po tę książkę, szuka w niej informacji lub po prostu bawi się w odnajdywanie muszek i ciem lub liczy mrówki w mrowisku. Duży format i twarda oprawa to dla mnie i dla pięcioletniego Jeremiego, który jest głównym odbiorcą tego tytułu, spora zaleta, niestety wadą jest użyta czcionka, owszem, pasuje do całości, do ilustracji, jest ozdobna, ale dziecku, które właśnie uczy się czytać sprawia pewne trudności.
Treść jest dostosowana do młodego czytelnika, sądzę, że dzieci od 3 lat do 8 mogą być „Wielką księgą robali” zachwyceni, a nawet mój dziesięcioletni syn przeglądał ją z uwagą. Na początku dowiedzieć się można czym są robale czyli bezkręgowce, na jakie grupy się dzielą. Następnie mamy mały przegląd poszczególnych gatunków – omawiane są: chrząszcze, biedronki, motyle, ćmy, mrówki, pszczoły, termity, muchy i dużo innych, które można spotkać w domu, ogródku, parku czy podczas spaceru na łące. Znane robaki, opisane są prosto, ale ciekawie, w taki sposób, by dziecko łatwo przyswoiło sobie informacje. Na końcu książki dowiemy się dlaczego robaki są potrzebne i znajdziemy kilka sugestii na pomysłową eko-zabawę z dziećmi – jak przygotować bufet dla motyli, stołówkę dla gąsienic czy hotel dla pszczół. Brzmi zachęcająco, prawda?
Dla tych, których ciekawi ten świat malutkich stworzeń, dla małych odkrywców, kilkuletnich badaczy przyrody, jest to godna polecania książka. Myślę też, że spodoba się również tym, którzy czują pewne obrzydzenie czy nawet strach przed pełzającymi czy latającymi bezkręgowcami. Nieco odrealnione obrazki nie wzbudzą takich silnych emocji, co prawdziwe okazy, a zawarte informacje przybliżą nieco ten nieznany mikro-świat.


















