Lubię powieści kryminalne z niepokojącym, wychodzącym poza ramy typowego kryminału klimatem, który sprawia, że nie tyle fascynuje nas sama zagadka, ile delektujemy się zwodniczą atmosferą. Autor oferuje swojemu czytelnikowi coś więcej niż tylko klasyczne rozwiązywanie zagadek i odnajdywanie dowodów zbrodni. Takie balansowanie na granicy między gatunkami literackimi doskonale sprawdza się na przykład u Anny Kańtoch, ale niestety nie przekonuje mnie u Pawła Jaszczuka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztukater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztukater. Pokaż wszystkie posty
23 lutego
29 listopada
185. All that jazz... | "Rok 1920. Zwiastun szalonej dekady" Eric Burns
Dwa lata po zakończeniu I wojny światowej Europa liże swoje rany i opłakuje tych, którzy zginęli. Stary kontynent już nigdy nie powróci do swojego dawnego stanu, natomiast Ameryka Północna, która nie ucierpiała na skutek działań wojennych ani też nie straciła tylu ludzi, staje się ziemią obiecaną dla rzeszy emigrantów, rośnie jej pozycja największego światowego mocarstwa.
25 października
172. Takie rzeczy to tylko w sanatorium...| "Sanatoryjny romans z inspiracją" Aneta Wybieralska
„Sanatoryjny romans z inspiracją”
Aneta Wybieralska
Wydawnictwo Novae Res
2017
436 stron
„W naszym pięknym, podobno demokratycznym i wcale nie zacofanym kraju – teoretycznie przynajmniej – ciągle jeszcze panuje absurdalny stereotyp, że człowiek to od razu musi być facet. Dopiero potem, po głębszej analizie socjologicznego zjawiska oraz po przestudiowaniu ustawy zasadniczej, czyli Konstytucji RP z zapisem o równości płci, niektórzy dochodzą do genialnego z natury wniosku, że człowiekiem może być kobieta.”
Do książki Anety Wybieralskiej pod tytułem „Sanatoryjny romans z inspiracją” podeszłam bez większych oczekiwań, ale też z małym zainteresowaniem. Nic wcześniej nie słyszałam o tej publikacji, nie wpadłam na nią w księgarni czy gdzieś w rekomendacjach na blogu, a okładka, która czasami daje nam, co prawda niejasne, ale zawsze jakieś wyobrażenie o książce, nie nasuwa w tym przypadku żadnych skojarzeń czy tropów dotyczących samej treści. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że lektura nie była zła, wręcz przeciwnie, zapewniła mi sporą dozę rozrywki i całkiem dobrego humoru.
Główna bohaterka, której imię przez całą akcję powieści nie zostaje wyjawione, to pani w średnim wieku, której jedną z życiowych pasji jest wypoczynek w różnego rodzaju kurortach, pensjonatach, uzdrowiskach i sanatoriach. Ze swoich licznych wojaży po kraju wraca z całą masą przeróżnych anegdotek dotyczących życia podczas takiego wypoczynku.
A dzieje się tam dużo… Liczne romanse, zdrady, przelotne znajomości i cała masa przeróżnych, ludzkich charakterów. A w samym centrum wydarzeń nasza główna bohaterka, która obdarzona jest trafnym zmysłem obserwacji, nieco ironicznym poczuciem humoru i doskonale potrafi te liczne historyjki opowiedzieć. Aneta Wybieralska stworzyła ciekawą, zabawną powieść, którą czyta się naprawdę lekko i bez zniecierpliwienia, to doskonała rozrywka na chłodne i długie jesienne wieczory. Dosyć oryginalnym pomysłem jest sama forma powieści, która pozwala na swobodne przenoszenie się z jednego tematu na drugi, z jednej, pełnej pasji i awantur relacji do kolejnej, nie mniej ciekawej.
Masa postaci, jakie przewijają się przez strony „Sanatoryjnego romansu z inspiracją” to osoby jakby żywcem wyjęte z prawdziwego życia, to ludzie, których spotykamy na co dzień, mijamy na ulicy, czy zdawkowo się witamy, to może być pani Helenka z kiosku, albo pan Włodek z sąsiedniego bloku. To zwyczajni ludzie, których życie, według niektórych, już dawno przestało być barwne i emocjonujące, tymczasem na rzeczonych turnusach dla zdrowia, wyjazdach do uzdrowisk, kiedy wyrwani z własnej codzienności, stykają się ze sobą, przeżywają wiele sercowych przygód, miłostek, dylematów. Autorka przedstawiła nam te wydarzenia w sposób zabawny, ale nie prześmiewczy, z lekkim przymrużeniem oka, z ironią, ale sympatycznie. Dużą zaletą jest tutaj sama centralna postać powieści, która już od pierwszych stron wzbudza w czytelniku same pozytywne odczucia, ta pani w średnim wieku na pewno da się lubić, a jej swobodny i bezpośredni kontakt z odbiorcą tylko ułatwia zagłębianie się w te liczne, interesujące historyjki.
Książka wydaje się być przeznaczona dla starszych osób, którzy dobrze znają owe sanatoryjne przygody, lub którzy w swoim życiu co nieco na ich temat już zdążyli usłyszeć. Sądzę jednak, że może trafić do osób nieco młodszych, którzy lubią tego rodzaju historie, pełne humoru teksty oraz swobodny styl wypowiedzi pisarki. A jeśli wydaje się Wam, że sanatoryjne życie jest nudne i jednostajne, to lektura może Was szybko wyprowadzić z błędu.
20 września
164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat
„Arkandel”
Katarzyna Bułat
Wydawnictwo Novae Res
2017
152 strony
„Zmrużył oczy i ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia.
- Co ty sobie wyobrażasz?- powiedział powoli, oddzielając od siebie wyrazy tak, jakby wcale nie tworzyły zdania, tylko były osobnymi pociskami, z których każdy miał trafić w jej serce. - Co ty sobie wtedy wyobrażałaś?
Przygryzła wargę. Musiał dziś dużo przeczytać.”
Rodzina wyjeżdża na wspólne wakacje, na Riwierę Czarnogórską. Mąż natrafia na rękopis swojej żony - podczas lektury, która wywołuje u niego silne emocje, zmienia swoje podejście do najbliższych.
Zdarza się, że na drodze każdego książkoholika przewrotny los stawia lektury wybitne, znakomite lub zwyczajnie dobre, ale też takie, które są złe, mierne i nijakie. Taką właśnie książką, z grupy tych słabszych, w moim mniemaniu jest „Arkandel” Katarzyny Bułat.
Z tego, co zdążyłam się zorientować to autorka w swojej twórczości częściej sięga po poezję, to zdecydowanie można wyczuć, czytając „Arkandel”, jednak w tym przypadku nie mogę tego uznać za zaletę. Wręcz przeciwnie – styl jest za ciężki, zbyt wydumany, brakuje miejscami pewnej logiki, co łatwo rzuca się w oczy. Długi czas, na przykład, zastanawiałam się jak to jest możliwe, by mocno zranić się o leżący na podłodze nóż? Potraficie to wytłumaczyć? Nie chcę spojlerować książki, ale takich „kwiatków” jest tutaj zaskakująco dużo, jak na tak mały format. Przez większość czasu, poświęconego lekturze dumałam o czym ona tak właściwie jest? Nawet przesłanie, morał czy główny wątek historii nie mogły zrobić na mnie wrażenia, ponieważ nie byłam w stanie uwierzyć w fabułę. A na tym chyba polega zadanie pisarza, prawda? Aby przedstawić nam opowieść, nawet najbardziej niesamowitą, w taki sposób byśmy w pewnym stopniu w nią uwierzyli.
Wielokrotnie trafiałam w tekście na takie perełki stylistyczne jak : „ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia” czy „przeżuwaliśmy te rozmowy powoli, powoli – jak zazwyczaj przeżuwają trawę… krowy”. Wszystkie takie zdania zaznaczałam w tekście, ale po pewnym czasie musiałam zrezygnować, bo było tego zwyczajnie za dużo. Nie robi na mnie wrażenia taka nietypowa liryka, wywołuje wręcz odruch natychmiastowego zamknięcia książki, uratowało mnie jedynie to, że powieść jest bardzo krótka, ma zaledwie 150 stron, na szczęście. Większej jej dawki chyba bym nie zniosła...
Kolejnym słabym punktem są bohaterowie – nie wywołują ani sympatii, ani nienawiści czy irytacji – są do bólu obojętni. Nie przekonują mnie ich uczucia, które zmieniają się ze strony na stronę, podobnie jak ich decyzje. Nie widzę także ich cech, których istnienie autorka próbuje wmówić czytelnikowi. Ojciec, który uznawany jest za złego - nie poświęcający swego czasu żonie czy córce, spędza z nimi chwile, z dzieckiem wychodzi na spacer. Odseparowuje się od rodziny tylko przy lekturze książki. Nawet nie wiem, kto tutaj jest główną, najważniejszą postacią, ponieważ żadna nie wysuwa się na pierwszy plan, wszystkie zlewają mi się w jedną, szarą masę, bez widocznych wad lub zalet.
Fabuła w zamyśle chyba miała być zastąpiona przez egzystencjalne rozterki bohaterów, pytania o sens życia i relacje z najbliższymi, ja to doskonale rozumiem, i wiem, że takie książki nie należą do łatwych i przyjemnych, ale bez dobrego warsztatu pisarskiego, bez pewnej spójności czy pomysłu, cała powieść okazuje się mierna i nijaka. Nadmierne wydumanie, pogłębianie problemów, które ukazują się nam jako drobnostka, to jedna z najgorszych rzeczy w książkach, oprócz nudy i obojętności. Czy polecam? Zdecydowanie nie.
06 września
160. Typ Klasyczny #20 "Dzieje Tristana i Izoldy" autor nieznany
„Tristan i Izolda”
autor nieznany
Wydawnictwo MG
2017
286 stron
„Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci? To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej. Słuchajcie, w jaki sposób w wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego.”
Ze starego celtyckiego mitu powstała poruszająca pieśń, przekazywana z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, ubarwiana, wzbogacana. Z pieśni zaś zrodziła się historia, która inspiruje wielu twórców, mimo że od jej powstania minęły stulecia.
Dzielny, waleczny Tristan, siostrzeniec króla Marka, przybywa do Irlandii w poszukiwaniu żony dla swojego władcy – wybranką okazuje się być Izolda Jasnowłosa, która odpływa wraz z rycerzem ze swej rodzinnej wyspy. Podczas podróży para głównych bohaterów nieświadomie wypija napój miłosny – wino przygotowane przez matkę Izoldy, które dziewczyna miała spożyć podczas swojej nocy poślubnej. Uczucie spada na nieszczęsnych kochanków i pieczętuje ich tragiczny los.
Pieśń o Tristanie i Izoldzie powstała wieki temu, jest znakomitym przykładem starofrancuskich utworów, opiewających dworską miłość oraz celtyckich legend arturiańskich. Spisana pierwszy raz w XII w. jest tak naprawdę tworem wykształconym przez lata, opowiadanym i przekazywanym z jednej osoby na drugą. Nieznana jest dokładna historia jej powstania, co nadaje jej nieco tajemniczą otoczkę. Wielokrotnie spisywana w późniejszych czasach, tłumaczona na różne języki – między innymi w znakomitym przekładzie Tadeusza Żeleńskiego-Boya, które ostatnio zostało wydane przez wydawnictwo MG, z krótkim wstępem, dzięki któremu odrobinę czytelnik może sobie przybliżyć to dzieło.
Często porównuje się historię Tristana i Izoldy do pary innych kochanków, którzy tragicznie zakończyli swój los – do Romea i Julii. Sądzę, że więcej jest jednak w tym przypadku różnic niż podobieństw. Jest to także zupełnie inny rodzaj miłości – bohaterowie starofrancuskiej pieśni zakochują się w sobie pod wpływem tajemniczego eliksiru, od tego momentu są zdolni do wielu czynów, które były wbrew ich naturze czy wychowaniu. To miłość, która jest zdolna do wzniosłych, szalonych czynów, ale także do postępów niehonorowych, złych i zakazanych. Uczucie między Tristanem i Izoldą nie zważa na nic, niszczy wszystko wokół, na koniec zaś niszczy także parę oddanych sobie kochanków, którzy nie mogąc żyć ze sobą, łączą się po śmierci, w symbolicznej scenie. Trudno ich jednak obwiniać za zdrady, wyrządzone krzywdy, skoro ich los tak naprawdę nie należał do nich samych, to przecież nie oni, z własnej, nieprzymuszonej woli padli sobie w objęcia. Wszystkiemu winny wywar, który został przygotowany przez matkę Izoldy na noc poślubną. Od chwili, gdy ich usta zetknęły się z tym niezwykłym, przedziwnym napojem, nie są w stanie istnieć jedno bez drugiego, cierpią męki w rozłące i gotowi są sprzeniewierzyć własny honor, by móc być razem.
Myślę, że niektórych zaintrygują elementy fantastyczne w „Dziejach Tristana i Izoldy”, jak wspomniany wcześniej eliksir miłosny czy smok, którego musiał pokonać Tristan, by zdobyć rękę wybranki króla Marka. Wspaniale ubarwiają całą historię, nadają jej ciekawego, nadnaturalnego klimatu, który idealnie współgra ze średniowiecznym życiem, damami i rycerzami.
Jeśli więc jeszcze nie poznaliście tego niezwykłego dzieła, które miało ogromny wpływ na twórców kolejnych epok, oraz jest pewnym punktem odniesienia jeśli mowa o średniowieczu, eposy z dawnych czasów i miłosne historie, to koniecznie je przeczytajcie. Nie da się ukryć, że jest to utwór, który na nasze współczesne standardy może się wydawać nieco przestarzały i zatęchły, jednak w pewnym sensie ta jego wada staje się zaletą, gdy uświadomimy sobie, jaką drogę musiała ta pieśń przebyć, ile lat przetrwać, jak wiele epok przeminęło, a „Dzieje Tristana i Izoldy” nadal poruszają, intrygują i inspirują.
26 lipca
150. "Diamentowa Góra" Cecily Wong
„Diamentowa góra”
Cecily Wong
Wydawnictwo Kobiece
2017
376 stron
„(…) mężczyznę łączy z przeznaczoną mu kobietą niewidzialna czerwona nić, zawiązana wokół kostek ich obojga. Nić ta, jak mówi, łączy przeznaczonych sobie kochanków niezależnie od czasu, miejsca czy okoliczności. Może się rozciągać i plątać, ale nigdy się nie zerwie.”
Chiny, początek XX wieku. Frank Leong, zamożny przedsiębiorca, wraz z całą swoją rodziną, na skutek przemian, jakie następują w państwie, postanawia opuścić swój dom i z całym dobytkiem przybywa na Hawaje, gdzie ma nadzieję odnaleźć prawdziwy raj na ziemi. Jednak wisząca nad nimi klątwa zdaje się nie podlegać prawom czasu czy przestrzeni i przybywa wraz z nimi na egzotyczną wyspę niczym burzowa chmura, wisząca groźnie nad ich głowami.
Jak do tej pory nie miałam kontaktu z literaturą azjatycką, Cecily Wong jest pierwszą autorką o takich korzeniach, której książkę przeczytałam i muszę stwierdzić, że jestem zauroczona zarówno samą historią jak i sposobem jej przedstawienia. Akcja dzieje się na kilku płaszczyznach, przeplatają się ze sobą wątki kilku kobiet, wszystko jednak łączy ze sobą legenda o klątwie, według której mężczyzna i kobieta są ze sobą połączeni czerwoną nicią, jeśli jednak na swego męża lub żonę wybiorą kogoś innego spadnie na nich przekleństwo, a ich los zostanie przesądzony. Przypomina to historię o dwóch połówkach jabłek, w tym przypadku mamy jednak wiszące bezustannie nad głową tajemnicze fatum – starożytne i okrutne.
Autorka snuje swoją opowieść niczym taką nić – subtelnie, bez nadmiernego tempa, ale im dalej wczytujemy się w powieść, tym więcej możemy w niej znaleźć, staje się ciekawsza i wciągająca. Przez to, że mamy w „Diamentowej Górze” sporą grupę bohaterów, których narracja przeplata się ze sobą, często wracamy do ich przeszłości, dodatkowo ubarwionymi retrospekcjami, można nieco zagmatwać się w tym nadmiarze. Lektura wymaga od nas skupienia i chociaż napisana jest dosyć prostym językiem należy ją śledzić uważnie, bez rozproszenia. Dla mnie osobiście najciekawsze są momenty dziejące się w latach czterdziestych, kiedy poznajemy Amy, która rezygnuje z miłości i wychodzi za mąż za majętnego Bohaia Leonga, czym przypieczętowała swój los.
Do skomplikowanych i niejednoznacznych relacji bohaterów Cecily Wong dodaje niezwykle atrakcyjne tło historyczne, co jest zdecydowanym walorem powieści – jeśli więc jesteście miłośnikami takiego ubarwiania fabuły to na pewno się nie zawiedziecie. Początkowe powstanie bokserów w Chinach lub początek drugiej wojny światowej bądź wydarzenia z historii Hawajów mocno wpływają na akcję powieści i mają wpływ na losy głównych postaci. Autorka potrafi również delikatnie nawiązać do kultury, tradycji i obyczajów tych egzotycznych krajów, które dla przeciętnego mieszkańca Europy są nieosiągalnie dalekie i kusząco tajemnicze. To trochę jak możliwość spojrzenia na bieg ważnych wydarzeń z innej niż do tej pory perspektywy, co jest niezwykle fascynującym i świeżym doświadczeniem.
Pomimo mnogości bohaterów przedstawionych na stronach „Diamentowej Góry” Cecily Wong potrafi je opisać w taki sposób, że nie mamy poczucia, by było one płaskie i pozbawione osobowości. Wręcz przeciwnie, każda z tych osób to zupełnie inna historia, inny człowiek, nieszablonowy, skomplikowany i złożony. Relacje między nimi nadają powieści niepowtarzalnego tonu, są odnośnikiem tego grona przeróżnych sylwetek, których losy tak pilnie śledzimy. Wzajemne oczekiwania, uczucia i obowiązki względem innych pchają ich coraz głębiej, na równi z nieposkromioną siłą mistycznej klątwy.
Polecam książkę osobom, których fascynuje egzotyczna kultura i obyczaje, które są łase na wszelkie azjatyckie historie, tak różne od typowych europejskich, tak barwne niczym kwiaty z odległych krain. To zdecydowanie jedna z ciekawszych powieści o kobietach dla kobiet jakie do tej pory udało mi się przeczytać.
21 lipca
148. "Ogniskowa" J. D. Bujak
„Ogniskowa”
J.D. Bujak
Wydawnictwo Videograf
2017
348 stron
„Obudził ją jakiś stuk i dziwne skrzypienie… Coś cicho plasnęło w korytarzu, po czym przeciągle zaszurało.
Uniosła głowę znad poduszki i przetarła dłonią zaspane oczy. Zerknęła na elektroniczny zegarek stojący na półce. Jego cyfry świeciły na czerwono, rzucając na bok półki jaskrawą poświatę.
Trzecia trzydzieści trzy. Dziwna godzina...”
Joanna Bujak jest absolwentką architektury, jest także autorką kilku powieści z pogranicza thrillera, kryminału i sensacji, zaś „Ogniskowa” to jej ostatnia książka, i jak głosi hasło na okładce, jest to powieść grozy. Ale czy na takie miano faktycznie zasługuje?
Emilia studiuje na jednej z krakowskich uczelni, wydawać by się mogło, że jest to zupełnie zwyczajna dziewczyna, nieco tylko nieśmiała i jakby wycofana, nie ma zbyt wielu bliskich znajomych i stara się żyć z pewną nietypową chorobą skóry. Jednak jej życie od dziecka naznaczone było piętnem – dziewczyna widzi duchy i potrafi się z nimi kontaktować. Te zaś chętnie się do niej zwracają z prośbą o pomoc, o rozwiązanie spraw, które pozostawili po sobie na ziemi. Tymczasem, w Krakowie, dochodzi do dziwnych zgonów i zaginięć.
„Ogniskowa” to moje pierwsze zetknięcie z prozą J. D. Bujak, nie jest to bardzo znane nazwisko na firmamencie polskiej literatury, dlatego też do tej pory pozostało dla mnie zupełnie obce. Do przeczytania skłonił mnie krótki, interesujący opis oraz hasło „powieść grozy”. Nastawiłam się więc na ciekawe, niesamowite wątki, które może nie wzbudzą we mnie przerażenia, ale chociażby dreszczyk emocji, jednak, jak czasami bywa w życiu, sporo się zawiodłam.
Początek wydawał się mimo wszystko wciągający i rozbudził apetyt na ciąg dalszy. Sam koncept, by główna bohaterka widziała duchy i była w stanie się z nimi porozumiewać jest dla mnie może nie szalenie oryginalny, ale fascynujący. Na Emilii tak naprawdę spoczywa ogromna odpowiedzialność, przecież to do niej przychodzą umarli, szukający pomocy, ci, którzy pragną w jakikolwiek sposób pozamykać niepowykańczane sprawy, czasami są to rzeczy wielkiej wagi. Ciekawiło mnie, jak można poradzić sobie z takim brzemieniem, jak przejść do porządku dziennego, gdy co chwile nawiedzają cię zjawy? Tymczasem główna bohaterka szybko przechodzi z tym do porządku dziennego, jako dziecko rozwija się bardzo dobrze, pomimo bezustannej obecności śmierci.
Wykreowane postacie, pomijając już Emilię, wydają się być mało przekonujące, są powierzchowne, proste i typowe, ich charakterystyki nie wywołują żadnych uczuć – nie poczułam nici sympatii, a nawet nie byłam w stanie do nikogo zapałać niechęcią, tak dalece oni, jak i ich losy były mi obojętne. Zaś relacje między nimi, zwłaszcza między Emilią a Michałem, są zwyczajnie nieprzekonujące.
„Powieść grozy”, jak głosi hasło na okładce „Ogniskowej” to tak naprawdę powieść z elementami paranormalnego romansu, thrillera i fantastyki. Taka mieszanka jest naprawdę wybuchowa i albo efekt końcowy może być zaskakująco dobry, albo wręcz przeciwnie. Niestety mnie takie szalone połączenie nie urzeka i nie przekonuje. Faktyczne momenty grozy są jednak całkiem zgrabnie napisane i daje to nadzieję na to, że gdyby autorka poszła stricte w tym kierunku mogłaby stworzyć powieść, która tak bardzo oddziaływałaby na wyobraźnie czytelnika, że lektura skończyłaby się kilkoma bezsennymi nocami.
Dla mnie „Ogniskowa” okazała się nie do końca trafnym wyborem jeśli chodzi o powieść, jednak jeśli fascynują Was takie niesamowite wątki, nadprzyrodzone moce i luźne nawiązania do słowiańskiego pocztu upiorów i strzyg to możecie sięgnąć po książkę J. D. Bujak.
05 lipca
143.Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Draka w Muzeum" Agata Loth-Ignaciuk
„Draka w muzeum”
Agata Loth-Ignaciuk
Wydawnictwo Druganoga
2017
75 stron
„ Mam na imię Stefek. A to jest mój starszy brat Janek. Janek jest w porządku, ale czasem mnie tak denerwuje, że mógłbym go wystrzelić w kosmos. Naprawdę. Leciałby sobie, zobaczyłby z bliska gwiazdy, planety, może nawet jakąś by odkrył. Byłby zadowolony, a ja miałbym święty spokój.”
Agata Loth-Ignaciuk
Wydawnictwo Druganoga
2017
75 stron
„ Mam na imię Stefek. A to jest mój starszy brat Janek. Janek jest w porządku, ale czasem mnie tak denerwuje, że mógłbym go wystrzelić w kosmos. Naprawdę. Leciałby sobie, zobaczyłby z bliska gwiazdy, planety, może nawet jakąś by odkrył. Byłby zadowolony, a ja miałbym święty spokój.”
Stefek i jego starszy brat, Janek, zakładają się w szkole z kolegami, że uda im się włamać do muzeum i wynieść z niego jakąś zdobycz. W cały plan wplątują podstępnie swojego dziadka, byłego pracownika Muzeum Narodowego w Warszawie. Chłopcy nie są w stanie przewidzieć jak potoczy się ich niecodzienna przygoda, jej przebieg będzie dla nich niezwykły i zaskakujący. Co spotkają podczas swojej nocnej wędrówki? Może jednak szybko wpadną w ręce muzealnego strażnika?
Zwiedzanie nocą muzeum to na pewno magiczne przeżycie – wyłaniające się z mroku posągi, obrazy, tajemnicze eksponaty, które okryte mrokiem bardziej intrygują i pobudzają wyobraźnię. Nieznane ścieżki, osnute cieniem korytarze prowadzące do sal, gdzie kryje się historia. Wszystko to już samo w sobie stanowi znakomite tło wydarzeń sensacyjnej książki. Równie dobrze sprawdza się jako miejsce przygód w powieści dla dzieci.
„Draka w muzeum” to świetna, spójna powieść, która w ciekawy, nietuzinkowy sposób łączy formę z treścią – dobrze napisane przygody Stefka i Janka są rewelacyjnie zobrazowane za pomocą wyjątkowych ilustracji Bartka Ignaciuka. Dużo czarno-białych, mocno kontrastujących, wyrazistych rysunków zaskakująco dobrze łączy się z przedstawionymi w książce dziełami sztuki, o których można poczytać dodatkowe informacje, ciekawostki znajdujące się na marginesie.
Sama powieść również jest źródłem intrygujących informacji – ciekawych zarówno dla dzieci jak i osoby dorosłej. Podczas nocnej wędrówki bracia Janek i Stefek, w towarzystwie swego dziadka, który chętnie dzieli się z wnukami własną wiedzą, poznają między innymi okoliczności powstania monumentalnej Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki, wojenne, dramatyczne losy obrazu,dowiedzieli się w jaki sposób weduty Canaletta pomagały w odbudowie zniszczonej stolicy. Przy tym nie odnosi się wrażenia, ze czyta się „suche” fakty, wręcz przeciwnie. Historia wspomnianych dzieł sztuki jest przedstawiona w taki sposób, by zaciekawić młodego czytelnika, by zaintrygować go na tyle, by sam również poszukał kolejnych informacji i łatwo przyswoił sobie niemałą dawkę wiedzy.
Wątek sensacyjny sprawia, że łatwo zatracić się w fabule, nie ma problemu, by z rosnącym zaciekawieniem śledzić losy głównych bohaterów. Dodajcie do tego niezwykłą, nocną przygodę w miejscu wręcz niesamowicie związanym ze sztuką i historią, do tego całość napisana jest lekko i z humorem – w rezultacie mamy świetną lekturę dla małego odbiorcy. Powieść skierowana jest do dzieci w wieku szkolnym, ale przypadła do gustu mojemu najmłodszemu synowi, który ma pięć lat – nie miał problemu ze zrozumieniem książki i z zainteresowaniem słuchał o niezwykłych przygodach dwóch braci. Intryga przykuwa uwagę już od samego początku, a zakończenie, jako zwieńczenie fabuły, jest zaskakujące.
Sam pomysł włamania się do muzeum i kradzieży jednego z eksponatów jest oczywiście wysoce niepedagogiczny, ale młody czytelnik na pewno nie będzie miał problemu z tym, by w treści książki odróżnić dobro od zła, ani zrozumieć przesłanie całej historii, a jeśli lektura zachęci kogoś do odwiedzenia, może niekoniecznie Muzeum Narodowego w Warszawie, ale innego muzeum to zdecydowanie warto po nią sięgnąć i przybliżyć dziecku.
26 czerwca
140. Typ Klasyczny #17 "Pies Baskerville'ów Sir Arthur Conan Doyle
„Pies Baskerville’ów”
Sir Arthur Conan Doyle
Wydawnictwo MG
2017
178 stron
Sir Arthur Conan Doyle
Wydawnictwo MG
2017
178 stron
„Był to pies czarny jak węgiel, olbrzymi – taki, jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego śmiertelnika. Z jego otwartej paszczy buchał ogień, ślepia żarzyły się jak węgle, a po całym ciele pełzały migotliwe płomyki. Nigdy nawet w majaczeniach chorego umysłu nie mogło powstać nic równie dzikiego, przerażającego, szatańskiego, jak ten czarny potwór, który wypadł na nas z tumanów mgły.”
„Pies Baskerville’ów” to najbardziej popularna powieść Sir Arthura Conan Doyle’a, opowiada o przygodach ekscentrycznego, ale genialnego detektywa – Sherlocka Holmesa i jego lojalnego, nieodłącznego przyjaciela, doktora Watsona. Wielokrotnie wydawana, adaptowana i niesłabnąca inspiracja wielu powieści. Absolutny klasyk i pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika kryminalnych historii.
Kiedy w tajemniczych okolicznościach umiera sir Charles Baskerville pojawiają się pogłoski o klątwie rzuconej na ten szanowany powszechnie ród - pod postacią ogromnego, demonicznego psa z piekła rodem. O pomoc w rozwiązaniu zagadki tajemniczego monstrum zwraca się do Sherlocka Holmesa przyjaciel nieboszczyka, doktor Mortimer. Słynny detektyw ma niewiele czasu – do rodzinnej posiadłości Baskerville’ów przybywa spadkobierca, nad którym wisi ogromne niebezpieczeństwo.
Sherlock Holmes to dobrze znana postać, którą do życia powołał ponad sto lat temu, na kartach swych powieści, sir Arthur Conan Doyle. Dał światu wybitnego detektywa, którego intelekt i zdolność dedukcji niezmiennie zachwycają czytelników i inspirują twórców na całym świecie. Jego duet z pragmatycznym, nonszalanckim doktorem Watsonem stanowi idealne połączenie, panowie doskonale się uzupełniają, świetnie ze sobą współpracują, co łatwo można zauważyć i z zaciekawieniem śledzić ich poczynania. W „Psie Baskerville’ów” bardzo dobrze widać to swoiste partnerstwo, jeśli można użyć takiego sformułowania – w końcu przecież to Holmes jest tutaj genialnym detektywem, jednak w tym przypadku rola Watsona staje się bardziej wyrazista, ostatecznie to również on dowodzi swego intelektu, bądź nabywa od swego kolegi większej przenikliwości i łatwo wiąże ze sobą fakty.
Tym, co tak bardzo przyciąga czytelników i fascynuje miłośników tejże powieści jest zdecydowanie klimat. Począwszy od rękopisu Hugona Baskerville’a, opowiadającego o rodowym przekleństwie, aż po zwodnicze, pełne zamierzchłej historii, dziwnych dźwięków i gęstej mgły, mokradła – wszystko to nadaje książce wyrazistą nutę grozy. Można by pokusić się o stwierdzenie, że najsłynniejsza powieść Arthura Conan Doyle’a zawiera w sobie elementy powieści gotyckich – groza, tajemnica, mokradła, ponure zamczysko i wisząca nad tym wszystkim klątwa. Zdecydowanie można tutaj wyczuć ducha Edgara Allana Poe i jego przesyconych mrokiem opowiadań.
Samo śledztwo, które ma na celu ustalić, co przydarzyło się nieszczęsnemu sir Charlesowi, w tych okolicznościach staje się bardziej pasjonujące. Czy za śmiercią właściciela zamku Baskerville’ów kryje się faktycznie jakaś siła nieczysta, mroczna moc nie z tego świata, czy jest to nieszczęśliwy wypadek, a może czyjeś rozmyślne postępowanie, niegodny występek popełniony z pełną premedytacją? To właśnie muszą odkryć Holmes i Watson. Tym bardziej, że w posiadłości zmarłego pojawia się jego spadkobierca, któremu również grozi niebezpieczeństwo. Cała intryga jest zgrabnie przez autora spięta, wątki ujęte w jedną, spójną historię powiązań i zależności. Mamy też kilka niespodziewanych zwrotów i zaskakujące zakończenie, a cała zagadka zostaje rozwiązana.
„Pies Baskerville’ ów” to klasyka powieści kryminalnej – każdy miłośnik tego gatunku literackiego już ją zna, a jeśli jeszcze nie to na pewno pozna prędzej czy później, ponieważ jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa. Dodatkowe elementy, które wprowadzają atmosfery niezwykłości i grozy dodatkowo ją wzbogacają i sprawiają, że nawet po latach powieść sir Arthura Conan Doyle’a nadal zachwyca.
07 czerwca
138."Zawisza Czarny.Droga do króla" Szymon Jędrusiak
„Zawisza Czarny. Droga do króla”
Szymon Jędrusiak
Wydawnictwo Bukowy Las
2017
461 strony
„ (…) z dziesięciu miarek gadulstwa, które spadły na świat, dziewięć wzięły kobiety, a jedną reszta świata. ”
Aaron Abnarrabi i Zawisza Czarny przybywają z Aragonii do Gdańska. Trafiają w sam środek wojny wywiadów – polskiego i zakonu krzyżackiego. Otwarty konflikt staje się coraz bardziej prawdopodobny, a bezpieczeństwo króla i pomyślność nowej unii z Litwą wiszą na włosku.
Poprzedni tom z cyklu „Zawisza Czarny” - „Aragonia”, autorstwa Szymona Jędrusiaka, nie do końca przypadł mi do gustu. Głównym moim zarzutem względem tej książki była epizodyczna rola bohatera, który powinien mieć większe znaczenie dla całej fabuły. Jednak z ciekawością sięgnęłam po kontynuację, by dowiedzieć się jak potoczą się losy Zawiszy i Aarona, których przeznaczenie splotło ze sobą. Muszę powiedzieć, że tym razem jestem zadowolona – okazało się, że „Droga do króla” wypada znacznie lepiej, obfituje w liczne zwroty akcji, intryguje i zachwyca.
Z lekcji historii na pewno znacie datę 1410 – 15 lipca, na polach Grunwaldu dochodzi do jednej z największych bitew tamtych czasów – ścierają się wojska litewsko-polskie przeciwko oddziałom Zakonu Krzyżaków. Bitwa była uwieńczeniem konfliktu narastającego od lat. Szymon Jędrusiak w swej powieści historycznej wraca do tamtego okresu, wyciąga z nich ciekawe, mroczne historie i ich bohaterów. Jeśli chodzi o tło historyczne to należy przyznać, że autor wykonał kawał świetnej, rzetelnej roboty – dbałość o szczegóły przekłada się na jakość i odbiór powieści. Jedyne, co mam do zarzucenia to współczesne dialogi, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przez to „Zawisza Czarny” jest bardziej przystępny i dla niektórych czytelników może to być zdecydowaną zaletą. Lekkość pióra sprawia, że ciężka dawka historycznych faktów i odniesień stają się zrozumiałe i barwne.
Wojna wywiadów, spiski, knowania, tajemnicze machinacje, które mają na celu zdobycie przewagi nad przeciwnikiem są świetnie opowiedziane. Intrygują od pierwszych stron książki i nie pozwalają oderwać się choćby na moment. Zakulisowe przepychanki są nie mniej ważne od wszelkich bitew i potyczek, a poznając ich przebieg można mieć szerszy wgląd w historię i jej działania. Często, omawiając najważniejsze wydarzenia z przeszłości, zapominamy o zasadach handlu, podstawach gospodarki, a w czasach, które opisuje Szymon Jędrusiak (jak zresztą w każdym innym okresie dziejów) - kupiectwo, szlaki handlowe, wpływy finansowe miały ogromne znaczenie dla wzrostu znaczenia bądź osłabienia danego kraju na arenie międzynarodowej.
Tym, co może dodatkowo przyciągnąć uwagę czytelnika jest znane tło zarówno historyczne jak i geograficzne. Poprzednim miejscem wydarzeń była tytułowa Aragonia, w „Drodze do króla”, wraz z bohaterami przybywamy do wielokulturowego, zyskującego na znaczeniu państwa – do Polski. Oczyma Aarona poznajemy Kraków i jest to o tyle ciekawe, że dla tej postaci jest to zupełnie nowe doświadczenie – uczy się nie tylko języka, ale także zwyczajów i reguł panujących w świecie, który tak bardzo różni się od tego, w jakim przyszło mu spędzić lata swojego dotychczasowego życia. Młody mężczyzna pomaga Zawisze pełnić rolę wywiadowczą, jednocześnie zaś poszukuje swojej ukochanej, która została uprowadzona przez niemieckiego handlarza niewolników. Wszystkie te wątki tworzą fantastyczną nić fabularną, spójną i mocną.
Różnorodność bohaterów nie sprawiła autorowi trudności – zarówno postacie pierwszoplanowe, jak i te, których losy możemy śledzić w tle, są całkiem zgrabnie zarysowane. Osobiście cieszy mnie większa rola Zawiszy Czarnego, z tego względu, że jest on poniekąd bohaterem narodowym, postacią historyczną i zawsze ciekawi mnie jak pisarz przedstawi takiego człowieka, jakie nada mu cechy, które wady czy zalety podkreśli, by nadać mu bardziej „ludzkiego” wyrazu i przybliżyć go współczesnym.
Podsumowując – szczerze książkę polecam, oczywiście nie tylko miłośnikom powieści historycznych, ponieważ sensacyjna fabuła i aktualna forma, sprawią, że książkę czyta się lekko i przyjemnie. Brawa dla autora za zdolność zgrabnego połączenia wszystkich wątków i ułatwienie czytelnikom odbioru sporej dawki historii.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
05 czerwca
137. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kuchnia pełna cudów" Maria Terlikowska
„Kuchnia pełna cudów”
Maria Terlikowska
Wydawnictwo Axis Mundi
2017
112 stron
„W kuchni każdy cud się uda,
gdy się umie robić cuda.
A kto umie?
Kto się stara.
A nie umie kto?
Niezdara.
Trochę chęci, trochę trudu,
odrobina cierpliwości -
i jest kuchnia pełna cudów,
niespodzianek i radości.”
W latach 70. ubiegłego wieku, w peerelowskiej, siermiężnej Polsce, gdzie półki sklepowe świeciły pustkami, a zakupienie wielu artykułów spożywczych, dzisiaj tak łatwo dostępnych, było wtedy prawdziwym wyzwaniem, pewna książeczka z prostymi, dziecięcymi przepisami cieszyła się ogromną popularnością. Była prawdziwym fenomenem jak na tamte mroczne czasy, a w tym roku wydawnictwo Axis Mundi postanowiło wydać ją po raz piąty, na podstawie z 1977 roku. Mowa oczywiście o „Kuchni pełnej cudów” Marii Terlikowskiej, czyli kultowej dla wielu dzisiejszych rodziców, a ówczesnych, żyjących w realiach PRL, dzieci.
Czy jednak w czasach, gdy wszystko mamy tak łatwo dostępne – począwszy od produktów aż po najwymyślniejsze przepisy, gdy programy dotyczące gotowania (nawet takie, gdzie gotują dzieci) są ogromnie popularne, a w internecie znaleźć można mnóstwo przeróżnych stron o przyrządzaniu potraw – taka książka może się spodobać?
Moim zdaniem jak najbardziej.
Dla tych, którzy pamiętają te czasy, kiedy to pomarańcze i banany jadło się od święta, a o niektórych produktach spożywczych można było pomarzyć, na pewno sięgną po „Kuchnię pełną cudów” Marii Terlikowskiej z rozrzewnieniem. W końcu to dzięki tej książeczce stawiali w kuchni swoje pierwsze kroki, to znaczy: pichcili pierwsze, proste potrawy, dzięki niej czuli się jak mistrzowie patelni, tworząc swoje kulinarne arcydzieła, by móc dzielić się nimi z rodziną.
Rodzina Kowalskich to mama, tata, Justyna (uczennica III klasy), Tomek (uczeń II klasy) oraz pełnoprawny członek familii – kot Barnaba. To w ich kuchni dzieją się te małe, codzienne, zwyczajne-niezwyczajne cuda, pomysły na proste dania, które mogą urozmaicić przyjęcia, wspólne posiłki czy zainspirują do stworzenia niezapomnianych, serdecznych prezentów dla najbliższych. Do zeszytu wpisywane są przepisy na takie pyszności jak muchomory z jajek i pomidorów, przezroczysty deser z galaretki, krasnoludki z rzodkiewek czy apetyczne stateczki ułożone finezyjnie na liściach sałaty. Prostota wykonania w połączeniu z ciekawym efektem końcowym może sprawić, że nawet zatwardziały niejadek chwyci za łyżkę lub widelec i z lubością zakosztuje w tych smakach.
Przepisy są w „Kuchni pełnej cudów” podawane przy okazji, „przemycane” są w historii rodziny Kowalskich, ich zwyczajnym życiu, poznajemy codzienność tej wesołej familii, ich radości i wyjątkowe zdarzenia, przepełnione ciepłem, serdecznością i wzajemną miłością. Dziecko z zaciekawieniem poznaje ten świat – bezpieczny, serdeczny, bliski, przy okazji dowiaduje się jak wyglądało kiedyś życie, jak żyli ludzie kilkadziesiąt lat temu, gdy świat wyglądał nieco inaczej niż ten znany nam współcześnie.
Niewątpliwą zaletą książki jest również oprawa wizualna. Nie można już sobie wyobrazić dzieła Marii Terlikowskiej bez fantastycznych, niepowtarzalnych ilustracji Ewy Salamon. Sądzę, że jest to duet idealny, doskonale dopasowany, gdzie zarówno treść jak i obraz łączą się w spójną, nierozerwalna całość. Wystarczy spojrzeć na te piękne charakterystyczne rysunki, pozostające w stylistyce retro, ciepłe, miłe, przyjemne dla oka, by z ciekawością zajrzeć do środka i sięgać po książeczkę tak często jak przyjdzie nam ochota na skromne, ale skomponowane z uczuciem dania dla całej rodziny.
Gorąco polecam „Kuchnię pełną cudów” - zarówno dzieciom jak i rodzicom - czerpcie z niej inspiracje do wspólnych posiłków i budowania wzajemnych relacji.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękujemy portalowi Sztukater.pl
02 czerwca
136. "Zawisza Czarny.Aragonia" Szymon Jędrusiak
„Zawisza Czarny. Aragonia”
Szymon Jędrusiak
Wydawnictwo Bukowy Las
2017
504 strony
„Wojna to taki czas, kiedy ze zwyrodnialców robi się bohaterów. ”
Wydane przez Bukowy Las „Zawisza Czarny. Aragonia” Szymona Jędrusiaka to już drugie, poprawione wydanie tej powieści historycznej. Autor sięga w niej po postać dobrze znaną i cieszącą się sporym szacunkiem – tytułowy Zawisza Czarny to w końcu nasz największy, narodowy bohater epoki średniowiecza, dzielny wojownik, niezrównany dyplomata, co prawda nie był on pozbawiony wad, miał swoje słabości i przywary, jednak po dziś dzień jego postać jest wzorem rycerskich cnót i honoru.
Saragossa, koniec XIV wieku. Aaron, wychowanek majętnego, żydowskiego kupca wkracza w dorosłe życie, dorastając w domu swego wuja, będącego jego opiekunem po śmierci matki. Młody chłopak poznaje zależności, które rządzą kupieckim, mieszczańskim życiem, z czasem poznaje niebywałego, słynnego na całą Hiszpanię wojownika, który na Półwysep Iberyjski przybył z dalekiego, nieznanego nikomu kraju – Zawiszę Czarnego.
Tak naprawdę to mam mieszane uczucia co do tej książki. Zdecydowanie nastawiłam się na sporą dawkę rycerskiego, dworskiego życia, pasjonujących turniejów i walk wojowników oraz, ponad wszystko, bliskie spotkanie literackie z postacią owianą legendą, wielkim bohaterem narodowym, Zawiszą herbu Sulima. Stąd też moje zaskoczenie, gdy czytając książkę Szymona Jędrusiaka, poznaję koleje życia Aarona, żydowskiego chłopaka, którego opiekunem jest zamożny saragoski kupiec Salomon Abnarrabi. Młody mężczyzna jest głównym narratorem powieści, gdzieniegdzie w fabułę wplatane są wydarzenia związane bezpośrednio z Zawiszą. Trochę mnie to zawiodło i do pewnego momentu miałam niedosyt udziału tytułowego bohatera. Na szczęście, wraz z rozwinięciem akcji poznajemy go lepiej.
„Aragonia” to książka z gatunku powieści historycznej z elementami przygodowymi i sensacyjnymi. Jędrusiak opisuje w niej nie tylko średniowieczną rzeczywistość, ale również spiski, knowania, zależności i walki o wpływy. Zgrabnie zarysowane tło dobrze wypada przy odpowiednio prowadzonej fabule i narracji, widać, że autor zna się na tym, co opisuje, nie traci przy tym jednak ze współczesnego tonu i akcja jest opisywana zgrabnie, ciekawie, ze znacznymi zakrętami i zmianami tempa. Również niewiele można zarzucić zarysowanym przez pisarza bohaterom, zwłaszcza tym będącym na pierwszym planie powieści, mają swoje charaktery, pragnienia, słabości. Jednak kolejny raz powrócę do postaci tytułowej (niestety nie głównej) czyli naszego dzielnego rycerza. Liczyłam tutaj na nadanie mu kolorów, powiew życia w postać historyczną, urzeczywistnienie jej i nadanie Zawiszy cech pełnokrwistego człowieka. Tymczasem pozostaje on typowym, podręcznikowym bohaterem, bardziej zachwyca u Sienkiewicza czy nawet u Sapkowskiego niż w powieści, która teoretycznie została mu poświęcona.
Mimo to „Zawisza Czarny. Aragonia” była w stanie mnie wciągnąć i zaintrygować, gdy przebrzmiały echa niewielkiego zawodu z chęcią i ciekawością śledziłam koleje życia Aarona Abnarrabiego, jego relacji w domu bogatego wuja, gdzie nawiązał romans z arabską niewolnicą Ayhe czy kiedy posłuszeństwem i inteligencją wkrada się w łaski swego zamożnego protektora. Jest to również doskonała powieść ukazująca kulisy walki o wpływy, naświetla sprawy i machinacje, które nie są tak oczywiste, których próżno szukać w podręcznikach do historii. Często zapominamy, że za wielkimi bitwami, sławnymi ludźmi stoją gdzieś ukryte w cieniu przeszłości jednostki, których zabiegi i starania mogą wynosić na trony królów lub niszczyć potężne, szlacheckie rody. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego i znakomicie ukazuje to w swojej książce.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
22 maja
132. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Elementarz przyrodniczy" Beata Ostrowicka
„Elementarz przyrodniczy”
Beata Ostrowicka
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
2017
159 stron
„-Dziadku, naprawdę masz takie myśli? - Julek jest zdumiony.
-No tak, przecież ci mówię. I wiesz co? Mnie już nie będzie, skończy się mój czas, a lipa, jeśli jej się nic złego nie przytrafi, nadal będzie rosła i ty będziesz mógł ją podziwiać. I jeszcze coś… Nawet gdy lipy już nie będzie, świat dalej będzie miał swój porządek. Ludzie i zwierzęta będą się rodzić i umierać, pory roku będą po sobie następować. Po dniu będzie noc.”
Niewiele jest na rynku książek dla dzieci ciekawie wydanych publikacji, które z jednej strony są zgrabnie napisanymi historiami, przykuwającymi uwagę młodego czytelnika, z drugiej zaś, dają mu pewną dawkę wiedzy i informacji, którą można łatwo przyswoić. „Elementarz przyrodniczy” Beaty Nowickiej to zachwycający przykład na to jak w pięknej formie przekazać sporo interesującej i ważnej treści.
Książeczka jest częścią wydanego przez Naszą Księgarnię cyklu „Poczytam Ci, mamo”, oprócz niej ukazały się jeszcze: „Elementarz” i „Elementarz matematyczny”, których jestem ogromnie ciekawa, ponieważ to, co przedstawiła autorka w części przyrodniczej, jak najbardziej mnie zadowala.
Razem z Lenką i Antkiem oraz ich kolegami ze szkolnej ławy dziecko poznaje otaczający je świat – rozdziały zawierają ciekawe historyjki, których główni bohaterowie, dowiadują się o przeróżnych zjawiskach pojawiających się w przyrodzie, o burzy, tęczach, roślinach, uczą się o zdrowym trybie życia oraz o ekologii. Zakres wiedzy jest dostosowany do dziecięcego poziomu, ale dodatkowo jest przekazywany w taki łatwy i czasami zabawny sposób, że młody czytelnik może nawet nie zdawać sobie sprawy o jej przyswajaniu.
Ogromną zaletą „Elementarza przyrodniczego” jest wydanie. Jeśli chodzi o publikacje dla dzieci to jestem na tym punkcie szczególnie wyczulona, ponieważ nic tak nie przykuwa uwagi młodego czytelnika do książki jak jej ciekawa oprawa. Mamy tutaj więc twardą, kolorową okładkę, nawiązującą do treści, za oprawę graficzną odpowiada Katarzyna Kołodziej, znana i ceniona ilustratorka, która tutaj stworzyła wiele obrazków – dosłownie każda strona przyciąga oko albo rysunkiem związanym z rozdziałem, omawianym zagadnieniem, albo mini-komiksem czy pomysłem na doświadczenie, które można wykonać razem z potomkiem. Wszystko to na pięknym, matowym, kremowym papierze, który aż chce się dotykać. Mojemu najmłodszemu synowi ogromnie spodobały się mapki, które są umiejscowione na pierwszej i ostatniej stronie książki – przedstawiają one zarysy wszystkich kontynentów i przykładowe zwierzęta, które tam występują. Czytając lub tylko oglądając książeczkę lubimy bawić się z Jeremim szukając wybranych gatunków. Dziecko w łatwy sposób poznaje zwierzęta, dodatkowo dowiaduje się jeszcze, gdzie żyją w swoim naturalnym środowisku. Dla tych, którzy dopiero uczą się czytania sporym ułatwieniem są duże literki i krótkie rozdziały, a kolorowa forma i spora ilość grafik sprawiają, że po książeczkę sięgają dzieci w różnym wieku.
Dla mnie jest to spore odkrycie – piękna książeczka, która przystępnie i ciekawie łączy w sobie przygodę, humor, codzienne zdarzenia i tak łatwo objaśnia tyle zjawisk występujących dokoła nas. Dla najmłodszych przeczytanie jej to prawdziwa frajda, a dorosłym daje prosty sposób na to, by niektóre zagadnienia dotyczące przyrody przekazać i pomóc zrozumieć. Wydaje mi się, że dzięki krótkim historyjką, które łączą bohaterowie, ale jakich nie trzeba czytać po kolei, można wrócić tylko do wybranych zagadnień lub po prostu pozwolić przeczytać dziecku o tym, co je najbardziej interesuje. „Elementarz przyrodniczy” szczerze polecam i gorąco zachęcam do czytania go dziecku lub razem z nim, może stać się świetnym pretekstem do rozmów, pogłębiania wiedzy, może też być inspiracją do zabaw i doświadczeń.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękujemy portalowi Sztukater.pl
05 kwietnia
129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell
„Co? Jak? Napisać”
J.H. Cromwell
Wydawnictwo Egmont
2017
160 stron
Od dłuższego czasu można zauważyć ogromną popularność wszelkiego rodzaju ozdobnego liternictwa, typografii, we wszelkiego rodzajach sztuki użytkowej, ale także w życiu codziennym. Zachwycamy się takim wzornictwem na kubeczkach, koszulkach, plakatach, zwracamy uwagę na czcionki widniejące na przedmiotach, okładkach, a nawet opakowaniach spożywczych. Można odnieść wrażenie, że to, co zostało pięknie napisane to rzecz wysokiej jakości, wykonana z dbałością o każdy najdrobniejszy szczegół. Ponadto sporym zainteresowaniem cieszą się wszelkiego rodzaju kursy i warsztaty, mające na celu naukę ozdobnego pisania, które później można stosować w życiu codziennym, prowadząc dzienniki, zapiski czy modne ostatnio planery, bullet journale czy art journale. Co za tym idzie – na rynku wydawniczym pojawiać się zaczęły ciekawe publikacje dotyczące pisania i ja właśnie jedną z nich chciałam przedstawić.
„Co?Jak?Napisać” J.H. Cromwella to opracowanie powstałe na podstawie wydania z 1890 roku. Całość prezentuje się naprawdę pięknie. Twarda oprawa, niebanalna okładka w ciekawym stylu i kolorystyce, wyraźnie nawiązujące do tematu. W środku znajdziemy bardzo króciutki wstęp od samego autora, który dzieli się z czytelnikiem zwięzłą i prostą metodą, dzięki której można rozpocząć przygodę z kaligrafią – wystarczy dowolną płaszczyznę podzielić za pomocą ołówka na kwadraty, następnie korzystając z atramentu lub farb skreślić litery. Dla kogoś takiego jak ja, kto pisze chaotycznie i niestarannie może to być niewystarczające wprowadzenie w arkana tej sztuki.
Na kolejnych stronach znajdziemy przykłady liter, ciekawie zilustrowanych, które mają nas nieco wprowadzić do tego, co jest dalej – po jednej stronie mamy rozrysowany w kratkach alfabet jako małe i duże znaki, po drugiej zaś jest tak samo podzielona strona, gdzie dane litery możemy odrysować za pomocą ołówka, cienkopisu, pióra czy co tam akurat mamy pod ręką. Czcionki są naprawdę różne, ale przeważają te zdecydowanie techniczne, są mniej lub bardziej skomplikowane, zupełnie proste i takie bardziej fantazyjne, ozdobne. Sądzę, że w tej niejednolitości łatwo znaleźć coś dla siebie, a przynajmniej spróbować narysować litery w różnych stylach, dzięki czemu określimy, co bardziej nam się podoba, co przychodzi nam swobodniej, a co sprawia trudności. Na pewno przy tego rodzaju ćwiczeniach można się odprężyć i skupić na starannym wykonaniu zadania, przynajmniej do czasu, gdy bez problemu radzimy sobie z gąszczem zawijasów i linii.
Książka na pewno jest odpowiednia dla osób, które korzystały już z różnego rodzaju kursów odręcznego pisania, bądź na własną rękę próbowały zgłębić techniki kaligrafii. Mogą „wytrenować rękę” przy odrysowywaniu liter i znaków. Potraktować można również tę publikację jako zeszyt ćwiczeń, fantastycznie spełnia zadanie, gdy w skupieniu i spokoju chcemy wziąć do ręki ołówek bądź pióro, zakreślić kilka linii, zawijasów, z których powstać mogą pięknie napisane litery.
Dla mnie jednak jest to małe rozczarowanie – trochę inaczej wyobrażałam sobie treść książki, to znaczy, w ogóle sądziłam, że znajdzie się w niej więcej treści, więcej opisów, informacji na temat narzędzi, sposobów, objaśnień czy nawet historii. Po prostu, biorąc do ręki książkę zatytułowaną „Co?Jak? Napisać” można się nastawić na to, że w środku odnajdziemy odpowiedzi na postawione pytania. Brakuje mi również informacji o autorze, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi bardziej opanować sztukę pisania, oswoić je, samo ćwiczenie zwyczajnie mi nie wystarczy, świetnym dopełnieniem do nich byłaby chociażby niewielka dawka teorii.
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
15 marca
122."Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka
Monika Walecka
„Opowiadania drewnianego stołu.
125 przepisów jak sprawić sobie przyjemność i bliskim”
Wydawnictwo Septem
288 stron
Czy można zachwycić się książką kucharską? Zdecydowanie tak! Ogromnie lubię wszelkie takie książki z przepisami, które nie tylko kuszą smakami i aromatami, jakie za jej pomocą możemy stworzyć we własnej kuchni, ale także pięknym, zachwycającym wydaniem. Tak właśnie jest w przypadku „Opowiadań drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim” Moniki Waleckiej.
Tak naprawę książka jest zbiorem ponad stu receptur, które wcześniej znalazły się na blogu autorki - Monika Walecka prowadzi bowiem stronę gotujebolubi.pl, gdzie inspiruje ciekawymi pomysłami na różnego rodzaju dania nieprzerwanie już kilka lat. Przez ten czas zbierała doświadczenie, rozwijała swoją pasję i uwiecznieniem tego są „Opowiadania drewnianego stołu”.
Tytułowy drewniany stół to miejsce spotkań z bliskimi, to symbol gościnności, domowego ciepła, do którego chce się ciągle wracać, celebrując codzienne posiłki, wyjątkowe uroczystości i chwile tylko dla siebie. Trudno nie przyznać racji autorce, gdy we wstępie do książki pisze, że każdy marzy o takim stole, „w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników.” Tą miłość do gotowania i do dzielenia się owocami swojej pracy z bliskimi widać w tej publikacji, jej przekaz jest jasny i czytelny – przygotowywanie posiłków jest ważne, ale ma sprawiać przyjemność, ma cieszyć nas i tych, dla których je przygotowujemy.
Może to zabrzmieć banalnie, ale wydanie jest naprawę świetne, w twardej oprawie, z czerwoną tasiemką w formie zakładki, sprawia, że książka jest bardzo praktyczna. Zdecydowaną ozdobą są tutaj zdjęcia potraw – co bardzo lubię, każdy przepis opatrzony jest zdjęciem – piękne, artystyczne zbliżenia apetycznych, kolorowych, małych dzieł sztuki kulinarnej. Doskonałym uzupełnieniem są ilustracje, akwarelowe rysunki, idealnie dopasowane kolorystycznie i stylistycznie do przedstawionego przepisu. Takie wydanie cieszy oko i zachęca do tego, by samemu chwycić za deskę do krojenia i rondel.
„Opowiadania...” podzielone są na kilka części, w których znajdziemy pomysły na dania odpowiednie na śniadanie, obiad, słodki deser, ale także rozdziały informacyjne – czym gotować i jak robić zakupy oraz co warto mieć w kuchni – przyznam szczerze, że te części mogłyby być dłuższe, bardziej szczegółowo omówione, po ich przeczytaniu miałam pewien niedosyt.
Najważniejsze są tutaj jednak przepisy, których różnorodność jest jedną z wielu zalet, są to bowiem pomysły na danie o każdej porze dnia, na każdą porę roku i sądzę, że zarówno miłośnik mięsa, wegetarianin czy osoba na diecie bezglutenowej znajdzie coś dla siebie. Wszystkie jednak są zdrowe, pełne smaku i, co najważniejsze, nie wydają się skomplikowane, wręcz przeciwnie, lista składników przy niektórych przepisach jest bardzo krótka, a wykonanie proste. Cieszy mnie to, że każdy wpis opatrzony jest krótka notatką od autorki, anegdotą, czy trickiem, by przedstawione danie w pewien sposób wykorzystać czy wzbogacić.
Między przepisami na pieczoną ricottę z parmezanem, miodowy amarantus z jagodami goji czy brukselkę i tofu z makaronem soba znajdziemy klasyczną, kremową pomidorówkę i domowy twaróg. Wszystko pięknie pokazane na zdjęciach, dokładnie opisane, przez co nawet taki laik kulinarny jak ja może sobie poradzić i wyczarować coś pysznego dla siebie czy bliskich. Jak przekonuje autorka - najważniejsze jest to, by gotowanie sprawiało nam radość, by cieszyć się tym procesem i włożyć do tego wykonania odrobinę serca.
10 marca
120. "Nowe śledztwa Klary Schulz.Tajemnica Nathaniela" Nadia Szagdaj
Nadia Szagdaj
„Nowe śledztwa Klary Schulz.
Tajemnica Nathaniela”
Wydawnictwo Bukowy Las
299 stron
Nadia Szagdaj czyli nowa twarz na firmamencie rodzimego kryminału kontynuuje swój cykl powieści z panią detektyw Klarą Schulz w najnowszej książce „Nowe śledztwa Klary Schulz. Tajemnica Nathaniela”. Akcja toczy się jeszcze przed wybuchem I wojny światowej, w niemieckim Breslau.
Jest to moje pierwsze zetknięcie z prozą tej autorki i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ powieść idealnie trafiła w moje aktualne zamiłowanie do nurtu kryminału retro, szkoda tylko, że nie zdążyłam przeczytać wcześniejszych części – miałabym wtedy szerokie spojrzenie na niektóre sprawy, ale zaległości niedługo zacznę nadrabiać, ponieważ to, co przedstawiła pisarka w „Nowym śledztwie” zachęciło mnie, by kontynuować cykl i poznać losy bohaterki.
Jak już wspomniałam jest to retro kryminał, akcja osadzona jest na początku 1913 roku we Wrocławiu, czyli ówczesnym Breslau. Ostatnio tego typu powieści stają się coraz bardziej popularne, twórcy chętnie sięgają po takie, nieco zakurzone opowieści z tajemniczym tłem historycznym. Nie każdemu udaje się to tak dobrze, jak Nadii Szagdaj. W tym przypadku widać, że autorka dobrze zna i kocha miasto, w którym umieściła swoich bohaterów, przekłada się to na jakość książki, ale także na odbiór powieści- opisy ulic, budynków są na tyle dokładne, że łatwiej odnajdujemy się w świecie Klary Schulz.
Kolejną rzeczą, jaka również udała się autorce to na pewno stworzona przez nią kobieta-detektyw, niepokorna, mająca własne zdanie i silny charakter Klara, którą poznajemy w niezbyt szczęśliwym momencie jej życia. Pomimo tego, że pani Schulz ma dwójkę wspaniałych dzieci i oddanego męża, musi mierzyć się z przeszłością, która ją prześladuje i gnębi. Po ostatnim śledztwie, podczas którego, będąc w ciąży ledwo uszła z życiem, nasza bohaterka popada w coraz większą depresję, uzależniając się od środków przeciwbólowych, które tłumią jej zmysły i cały temperament. Trudno jest jej się wyrwać z tego odrętwienia, więc nawet, gdy stary znajomy zwraca się do niej o pomoc nie jest w stanie udzielić mu żadnych rad, zobojętniała na pracę, którą do tej pory wykonywała z właściwą sobie charyzmą. Na początku więc miałam z panią detektyw pewien problem, była bezwolna i bierna, całkowicie poddana temu, co ześle jej los, jednak z biegiem czasu wszystko się zaczęło zmieniać i Klara powróciła do swego życia. Pamiętajmy też, ze w tamtych czasach kobieta współpracująca z policją musiała być kimś wzbudzającym kontrowersje, czymś „wbrew naturze”, wtedy jeszcze życie matek, żon czy sióstr ograniczało się często do czterech ścian rodzinnego domu.Główna bohaterka musi zetknąć się z wrogością mężczyzn i brakiem zrozumienia ze strony kobiet.
Nadia Szagdaj stworzyła ciekawą intrygę – może nie doskonałą i zawiłą, ale na pewno taką, która potrafi wciągnąć czytelnika w rozwój wydarzeń. Od samego początku tajemnicze samobójstwa prostytutek są podejrzane, można mieć co do nich poważne wątpliwości. Rusza śledztwo, które ma na celu zdemaskować zabójce. Czytelnik, wraz z panią detektyw podąża za tropami po zaśnieżonych uliczkach Breslau, stawia hipotezy i mnoży przypuszczenia. Niestety dosyć łatwo wytypować kto odpowiada za te zbrodnie, przez co powieść traci na zaskakujących i dramatycznych zwrotach akcji. Jednak oprócz motywu zbrodni mamy jeszcze ciekawe życie Klary Schulz, która nie ma nieskazitelnego charakteru, ma swoje słabości, przez co staje się bardziej rzeczywista i ludzka.
Akcję możemy śledzić z różnych perspektyw, co ciekawie wzbogaca fabułę i pozwala zagłębić się zarówno w prowadzoną sprawę policji jak i pokrętny umysł zbrodniarza. Możemy poznać to, co nim kieruje, jego motywy i emocje, co jest na swój sposób przerażające i fascynujące.
Jeśli więc szukacie w kryminałach czegoś więcej niż zbrodni i występku, jeśli lubicie, podobnie jak ja, zgrabnie zarysowane tło historyczne, różnorodne postacie i silną, charyzmatyczną bohaterkę, która musi stawić czoła wielu przeciwnościom losu to zapewniam, że „Nowe śledztwa Klary Schulz” na pewno Was nie zawiodą. Zakończenie książki pozostawiło mnie z zawieszeniu, jestem ogromnie ciekawa, co dalej stanie się z panią detektyw, tymczasem szybko nadrobię zaległości i przeczytam poprzednie części - wiem, że warto.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater
10 lutego
111. "Konan Destylator" Andrzej Pilipiuk
"Konan Destylator"
Andzrej Pilipiuk
404 strony
Fabryka Słów
2016 r.
RECENZJA
Jakub Wędrowycz powraca w kolejnym
tomie Andrzeja Pilipiuka, „Konan Destylator”, w którym znaleźć można zupełnie
nowe opowiadania o przygodach niepokornego i niezwykłego bohatera. Wiejski
egzorcysta i miejscowy bimbrownik, do spółki ze swym wiekowym przyjacielem,
Semenem, spotykają na swej drodze siły nie z tego świata, ale także stawiają
czoła znienawidzonemu klanowi Bardaków i codziennej egzystencji w zapomnianych
przez Boga i ludzi Wojsławicach.
Ogromnie ucieszyłam się na wieść o
tym, że Pilipiuk ponownie sięga po swego sztandarowego bohatera - postać, która na trwałe zagościła na
firmamencie najbardziej rozpoznawalnych fizjonomii polskiej fantastyki. Kultowy
już Jakub Wędrowycz to absolutny fenomen, jeśli chodzi o ten gatunek – w charakterystycznych
walonkach, wiekowy pijak, bimbrownik i kłusownik, nosi w sobie również sporą
garść zdolności przewyższających zwykłych ludzi. Czytałam już wszystkie książki
z serii o Wędrowyczu i muszę przyznać, że „Konan Destylator” to znakomity zbiór
opowiadań, które mogły przecież tchnąć już nudą, ale Pilipiuk dowodzi, że jego
wyobraźnia posiada jeszcze spore zasoby historyjek o wiejskim egzorcyście,
które nie dość, że ciekawe, to w dodatku są rozbrajająco zabawne i absurdalne
Autor swobodnie czerpie zarówno z
klasycznej fantastyki, współczesnych zjawisk popkulturowych. jak i polskich
przywar i zabobonów, daje tej całej mieszance sporą dozę przaśnego, nieco
chamskiego humoru. Opowiadania są dobrze skonstruowane, nie ciągną się i nie
dłużą, dzięki czemu nie odnosi się wrażenia ciężkostrawnej papki, a przy tego
rodzaju historiach, w których ważna jest stosunkowo szybka akcja, zabawne sytuacje,
proste dialogi i niestworzone zdarzenia, ryzyko mdłej, jednostajnej fabuły jest
duże.
Moją uwagę najbardziej przykuły
takie opowiadania jak: „Szkolne wspominki” czy „Trudny teren”. W pierwszym
można co nieco dowiedzieć się na temat dzieciństwa samego Jakuba, a
konkretnie jego edukacji – nawiązanie do
„Akademii Pana Kleksa” jest całkiem udane i zaskakujące. Drugi tytuł, w którym
to nie Wędrowycz jest na pierwszym planie a policyjny praktykant i jego
zetknięcie się z miejscowymi zwyczajami i niełatwymi zasadami, według których
musi nauczyć się żyć i pracować, jest zabawne, ciekawie zobaczyć też inny
„punkt widzenia” niż głównego bohatera serii.
Prawda jest jednak taka, że „Konan
Destylator” nie skusi każdego, nie każdemu się także spodoba. Dla wielbicieli
prozy Pilipiuka to niewątpliwa gratka, osobiście jestem zadowolona z lektury,
opowiadania czytało się naprawdę dobrze, chociaż to szczególne poczucie humoru
i schematyczność fabuły lekko mnie
irytowały, mimo to powrót do Wojsławic i starego Wędrowycza to sama
przyjemność. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy jest wielbicielem tego
typu pisarstwa i nie każdy znajdzie w „Konanie Destylatorze” coś, co go
zainteresuje czy rozśmieszy.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję redakcji Sztukater.pl
03 lutego
109. "Wiersze wybrane" Emily Dickinson
Emily Dickinson odeszła z tego świata w 1886 roku, pozostawiając za sobą 1775 wierszy, jedyne jej dziedzictwo, które trwale i mocno wpisało się w kanon poezji nie tylko amerykańskiej, ale także światowej.Jej nowatorskie, oryginalne i niedoceniane za życia dzieła stały się inspiracją dla wielu kolejnych pokoleń i źródłem zachwytu dla jej czytelników.
Tak naprawdę wiele o niej nie wiemy, do końca życia pozostała niezamężna i bezdzietna, prawie nie opuszczała rodzinnego miasteczka, a w ostatnich latach stała się prawdziwą samotnicą, dając powód do plotek i niepokojów znajomych, gdy nie wychodziła ze swojej sypialni i ograniczała kontakty towarzyskie. Co takiego więc wydarzyło się w jej życiu, że tak bardzo odseparowała się od innych ludzi i stworzyła te piękne, poruszające utwory?
Wydane przez Znak "Wiersze wybrane" to znakomicie przełożone przez Stanisława Barańczaka dzieła Emily Dickinson, przykłady jej niezwykłej spostrzegawczości, talentu i egzystencjalnych rozważań. Ujmują pozorną prostotą, krótką formą, która w niewielu słowach zawiera mocny i dogłębny przekaz. Utwory mówią zarówno o życiu codziennym, zwykłych zdarzeniach, które ledwo rejestrujemy lub wcale ich nie dostrzegamy, gdy tak bardzo zaabsorbowani jesteśmy bardziej "poważnymi" rzeczami.Autorka często zderza je z metafizycznymi rozważaniami, z myślami o bólu, samotności i śmierci. Jej zwięzłe, konkretne formy są trafne i dowodzą tego, że w małej treści zamykała dużą formę:
"Słowo umiera-
(Głosi opinia)-
Ledwie z ust wyjdzie.
Skądże- dopiero
wtedy zaczyna
Żyć - w tej sekundzie."
Emily Dickinson, w czasach, gdy poezja musiała być wyszukana, pełna ozdobników, wyrafinowanych zwrotów i często rozciągniętych myśli, dowiodła, że można pisać prosto, jakby urywanymi zdaniami, pełnymi niedopowiedzeń, przerywników i ciszy, i trafiać do serca odbiorcy. Przez tą skromność słowa wiersze cechuje pewna symbolika, niejednoznaczność kryjąca się w interpretacji.Dowodzi tego, że czasami faktycznie mniej, może znaczyć więcej i lepiej.
Na uwagę przy tym wydaniu wierszy Emily Dickinson zasługuje, oprócz cudownej oprawy i możliwości przeczytania utworów również w oryginale, wspaniałe i mądre tłumaczenie Stanisława Barańczaka, poety i krytyka literackiego.Przekłady tego typu dzieł są niezwykle trudne, tak, by uchwycić ich sens, piękno języka i kunszt autora, dla mnie więc jest to świetna praca jednego z naszych najznakomitszych pisarzy ostatnich dekad.
Tak naprawdę wiele o niej nie wiemy, do końca życia pozostała niezamężna i bezdzietna, prawie nie opuszczała rodzinnego miasteczka, a w ostatnich latach stała się prawdziwą samotnicą, dając powód do plotek i niepokojów znajomych, gdy nie wychodziła ze swojej sypialni i ograniczała kontakty towarzyskie. Co takiego więc wydarzyło się w jej życiu, że tak bardzo odseparowała się od innych ludzi i stworzyła te piękne, poruszające utwory?
Wydane przez Znak "Wiersze wybrane" to znakomicie przełożone przez Stanisława Barańczaka dzieła Emily Dickinson, przykłady jej niezwykłej spostrzegawczości, talentu i egzystencjalnych rozważań. Ujmują pozorną prostotą, krótką formą, która w niewielu słowach zawiera mocny i dogłębny przekaz. Utwory mówią zarówno o życiu codziennym, zwykłych zdarzeniach, które ledwo rejestrujemy lub wcale ich nie dostrzegamy, gdy tak bardzo zaabsorbowani jesteśmy bardziej "poważnymi" rzeczami.Autorka często zderza je z metafizycznymi rozważaniami, z myślami o bólu, samotności i śmierci. Jej zwięzłe, konkretne formy są trafne i dowodzą tego, że w małej treści zamykała dużą formę:
"Słowo umiera-
(Głosi opinia)-
Ledwie z ust wyjdzie.
Skądże- dopiero
wtedy zaczyna
Żyć - w tej sekundzie."
Emily Dickinson, w czasach, gdy poezja musiała być wyszukana, pełna ozdobników, wyrafinowanych zwrotów i często rozciągniętych myśli, dowiodła, że można pisać prosto, jakby urywanymi zdaniami, pełnymi niedopowiedzeń, przerywników i ciszy, i trafiać do serca odbiorcy. Przez tą skromność słowa wiersze cechuje pewna symbolika, niejednoznaczność kryjąca się w interpretacji.Dowodzi tego, że czasami faktycznie mniej, może znaczyć więcej i lepiej.
Na uwagę przy tym wydaniu wierszy Emily Dickinson zasługuje, oprócz cudownej oprawy i możliwości przeczytania utworów również w oryginale, wspaniałe i mądre tłumaczenie Stanisława Barańczaka, poety i krytyka literackiego.Przekłady tego typu dzieł są niezwykle trudne, tak, by uchwycić ich sens, piękno języka i kunszt autora, dla mnie więc jest to świetna praca jednego z naszych najznakomitszych pisarzy ostatnich dekad.
Serdecznie polecam nie tylko miłośnikom poezji – przy takiej
prostocie i niemalże ascetycznej formie, a także uniwersalności ludzkiego
cierpienia, zwątpień i uczucia samotności – wiersze Emily Dickinson mogą trafić
do każdego. Przy tym jej wpływ na światową literaturę jest ogromny i
niepodważalny, wielu autorów do dzisiejszego dnia inspiruje się utworami „pustelnicy
z Amherst”.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję redakcji
27 stycznia
106. "W rytmach charlestona" Grzegorz Piórkowski
"W rytmach charlestona"
Grzegorz Piórkowski
146 stron
Novae Res
2016 r.
RECENZJA
FABUŁA
W przedwojennej Warszawie grupka
młodych dziewczyn trafia na trop afery kryminalnej. Z ich przypuszczeń wynika,
że sławnej aktorce i śpiewaczce, Zuzi Pogorzelskiej, grozi wielkie
niebezpieczeństwo. Artystka ma zostać porwana. Przyjaciółki postanawiają za
wszelką cenę ujawnić spisek i uratować kobietę.
Chociaż książka Grzegorza
Piórkowskiego ma niewielkie rozmiary, ma zaledwie 146 stron, mam z nią niemały
kłopot, z jednej strony niektóre elementy bardzo mi się w niej podobały, z
drugiej zaś jestem trochę zawiedziona. Pomimo tego, że historia ma w sobie cechy
kryminału, powieści sensacyjnej, brakuje jej typowego dla gatunku napięcia, a fabuła nie wciąga czytelnika
w wir wydarzeń.
Głównymi bohaterkami są młode,
warszawskie gimnazjalistki, które podczas wakacji, całkiem przypadkowo,
odkrywają, że ktoś chce porwać Zuzię Pogorzelską, ówczesną gwiazdę polskiego
filmu. Przynajmniej tak podejrzewają, ponieważ ich przypuszczenia opierają się
na strzępkach rozmów dwóch panów, którzy od pewnego czasu obserwują artystkę.
Dziewczyny przypuszczają, że policja nie będzie chciała im uwierzyć, więc
postanawiają na własną rękę odkryć spisek i tak oto rozpoczyna się ich przygoda
jako domorosłych detektywów w spódnicach. Sam koncept jest więc całkiem ciekawy
i przyznam szczerze, ze mnie osobiście opis książki zaintrygował. Podczas
czytania miałam jednak wrażenie, że tak naprawdę nic się w książce nie dzieje.
Akcja, która powinna być bardziej podkręcona i wodzić czytelnika po
warszawskich, przedwojennych uliczkach, jest znikoma i, pomimo krótkiej treści,
rozciągnięta do granic przyzwoitości. A zakończenie można bardzo łatwo
przewidzieć, wysuwając racjonalne wnioski.
To oczywiście odebrało mi sporą
frajdę z czytania. W kryminalnych historiach szuka się właśnie dreszczyku
emocji, wbijających w fotel zwrotów akcji i zaskakujących zakończeń. Sprawa ma
się jednak inaczej, gdy książkę Piórkowskiego potraktuje się raczej jak
książeczkę przygodową z nietypowym tłem historycznym.
Gdy już przebrzmiało echo mojego
zawodu i spojrzałam na historię nieco inaczej to odkryłam, że jest to całkiem
zgrabnie napisana powieść, która ma w sobie urok i klimat. Fabuła dzieje się
przed wybuchem drugiej wojny światowej, w latach trzydziestych ubiegłego wieku.
Kto wie? Może jest to jedno z ostatnich wakacyjnych miesięcy przed tragicznym
wrześniem? Właśnie to widmo nieszczęśliwych wydarzeń, gdzieś kryje się między
stronami tej małej książeczki. Z perspektywy czasu wiemy, co niedługo się
wydarzy i jaki los może spotkać bohaterów tych wydarzeń. Przez to odbiór dzieła
Grzegorza Piórkowskiego nabiera nieco innego sensu i gorzkiego smaku. Wiszące
fatum katastrofy nadaje jej smutku i tęsknoty za czasem, który tak boleśnie
przerwano.
Podoba mi się jak autor
odzwierciedlił realia – tło historyczne wydaje się być dobrze skomponowane i
przekonujące. Występują także osoby, które wtedy żyły, również miejsca, często
w książce wspominane, i w których toczy się akcja, kiedyś istniały lub istnieją
jeszcze do teraz. Piórkowski sam pisze, w kilku zdaniach dołączonych do
powieści, ze niektóre wydarzenia są zapisem rodzinnych wspomnień i anegdot.
Dodatkowym atutem jest także to, że język, jakim posługują się bohaterowie jest
dostosowany do epoki – typowe zwroty, powiedzenia czy młodzieńczy, warszawski
„slang” ułatwiają czytelnikowi rozeznanie się w czasie, znacząco wpływają na
odbiór.
Autor w posłowie napisał, że dalsze
losy bohaterów to inspiracja do kolejnych powieści i mam nadzieję, że tak
będzie. „W rytmach charlestona” może stanowić dobry punkt wyjścia do napisania następnych
historii z tymi samymi bohaterami i jestem ich ogromnie ciekawa. Jeśli więc
nęci Was klimat dwudziestolecia międzywojennego, a zwłaszcza ówczesnej
Warszawy, jak wtedy wyglądało życie towarzyskie i chcecie przeczytać lekką,
niezobowiązującą powieść, w której odnaleźć można smutne echa przeszłości to
sięgnijcie po tę książkę.
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję redakcji Sztukater.pl









